Mój brzuszek jest teraz prawie okrągły, gdyż pełny mleka, płatków razowych i kukurydzianych oraz wiórków migdałowych. Mózg otępiony stworzył coś dziwnego. Ale i tak go kocham, mimo że nieustannie mnie zaskakuje i wybaczam mu.
Chwytam się jak tonący
Brzytwy
Ręce mi tnącej
Ratować
Dużo nie pozostało
Obecnie
Nawet tańczyć się odechciało
Jednak
Wyczekuję naiwna blasku
Chociaż
Ciężko dostrzec go z potrzasku
Bunkru
Szalona ćma krążyła w nieprzeniknionej ciemności.
Promienie wschodu słońca wpadły przez szczeliny.
Ćma leciała zapatrzona w jego piękno.
Uderzyła głową w mur.
Spadła.
I już nie poleciała.
poniedziałek, 19 grudnia 2011
wtorek, 6 grudnia 2011
zimowa opowieść, jak Artur stracił gwiazdkę
Nie całkiem dawno od chwili obecnej, w której piszę te słowa i nie całkiem daleko od miejsca, w którym tekst ten tworzę żył chłopiec, a raczej mężczyzna. Był on energicznym melancholikiem, co jest paradoksem, jednak fakt ten - hybryda ta - był jedną z licznych składowych jego wyjątkowości. Mimo, iż mózg jego cieszył się poprawnym (co we współczesnym świecie nie jest wcale takie powszechne) rozwojem, był niepewny siebie i nieśmiały. Zdawał sobie oczywiście sprawę z własnej wartości, gdyż był człowiekiem inteligentnym jednak nie potrafił do końca w nią uwierzyć. Maskował swoją niewiarę zgrywając pewnego siebie, wyluzowanego i krytycznie nastawionego do wszelkich przejawów dekadencji intelektualistę.
Niestety w rezultacie stał w miejscu panicznie bojąc się wykonać krok bez zbytniej analizy sytuacji i rachuby strat i korzyści. Nawet jeśli bilans wychodził dodatni często wahał się nadal, co na ogół prowadziło do ostatecznej utraty szansy. Nic bowiem nie jest w stanie trwać i czekać wiecznie.
Nawet stabilne dęby w końcu usychają.
Był grudzień, tak jak dziś, ale wtedy prószył śnieg, a mróz rysował unikatowe wzory na szybach. Delikatne płatki zasypywały ulice, dachy domów, samochody, latarnie przykrywając wszystko przyjemnym dla oka puchem. Opadały na przechodniów pospiesznie podążających do puntów docelowych swojej wędrówki, goszcząc na kilka sekund na ich odzieniu by po chwili zmienić się w mokrą kroplę i zniknąć na zawsze.
Artur, bo tak brzmi imię bohatera niniejszej opowieści, żwawym krokiem zmierzał ku rozsuwanym przeszklonym drzwiom centrum handlowego, w którym zamierzał zrobić świąteczne zakupy - prezenty dla członków swojej rodziny. Podążając zatłoczonym chodnikiem wśród innych, takich samych, znajdujących się stale w biegu, przechodniów, kątem oka wychwycił ... zadziwiający brak ruchu. Automatycznie odwrócił głowę po czym przystanął, aby z uwagą przyjrzeć się owemu niecodziennemu zjawisku.
Na czerwonym moście stała młoda dziewczyna. Otwartą dłoń wyciągniętą miała przed siebie i zdawała się łapać płatki śniegu. Jej czerwony płaszczyk cały pokryty był delikatnym puchem nieustannie opadającym z nieba, tak samo jak czarny beret umieszczony na głowie, spod którego wydostały się niesforne rude loki. Stała w lekkim rozkroku, wielkimi bursztynowymi oczami wpatrując się z zachwytem w przestrzeń oraz dłoń, na której stale lądowały i topniały białe śnieżne gwiazdki.
Taką zobaczył ją Artur. Obraz ten wydał mu się najpiękniejszym obrazem jaki widział dotychczas w całym swoim ćwierćwiecznym życiu. A istota owa najbardziej intrygującą ...
Nie zastanawiając się wiele wysunął stopę, aby zrobić krok w stronę nieznajomej. Zauroczony chwilą, lekko roztargniony, nieuważny wpadł na przechodząca kobietę, której świeżo nabyte sprawunki wypadły na ziemię. Incydent ten wytrącił Artura ze stanu zauroczenia, w którym się znajdował, przeprosił potrąconą kobietę i pomógł pozbierać jej zakupy. W tej krótkiej chwili zaczął myśleć.
Kim jest ta dziewczyna? Kim jestem ja? Muszę kupić prezenty. Później nie będę miał czasu...
Wstał, otrzepał spodnie i zatopił się w pędzący tłum. Prosto do centrum handlowego.
Przez cały czas buszowania po sklepach nie mógł się skupić. Próbował racjonalnie podejść do zaistniałej parę momentów wcześniej sytuacji, jednak nie przynosiło to oczekiwanych rezultatów. Czuł ciekawość, której nie mógł wytłumaczyć, a co za tym idzie - zaspokoić. Po godzinie męczarni postanowił wrócić, lecz dziewczyny już tam nie było. Czerwony most był wyludniony, a nieprzerwanie sypiący śnieg zatarł wszelkie ślady.
Od tamtej pory Artur odczuwa nieuzasadnioną, niepojętą pustkę, poczucie utracenia czegoś niezwykle cennego.
Przychodzi na czerwony most co roku 6. grudnia z nadzieją, iż ponownie ujrzy tajemniczą dziewczynę, w której oczach migotały iskierki zachwytu i podziwu dla naturalnego zjawiska atmosferycznego. Co roku jednak odchodzi zmarznięty, rozczarowany, samotny i coraz bardziej pusty w środku.
Niestety w rezultacie stał w miejscu panicznie bojąc się wykonać krok bez zbytniej analizy sytuacji i rachuby strat i korzyści. Nawet jeśli bilans wychodził dodatni często wahał się nadal, co na ogół prowadziło do ostatecznej utraty szansy. Nic bowiem nie jest w stanie trwać i czekać wiecznie.
Nawet stabilne dęby w końcu usychają.
Był grudzień, tak jak dziś, ale wtedy prószył śnieg, a mróz rysował unikatowe wzory na szybach. Delikatne płatki zasypywały ulice, dachy domów, samochody, latarnie przykrywając wszystko przyjemnym dla oka puchem. Opadały na przechodniów pospiesznie podążających do puntów docelowych swojej wędrówki, goszcząc na kilka sekund na ich odzieniu by po chwili zmienić się w mokrą kroplę i zniknąć na zawsze.
Artur, bo tak brzmi imię bohatera niniejszej opowieści, żwawym krokiem zmierzał ku rozsuwanym przeszklonym drzwiom centrum handlowego, w którym zamierzał zrobić świąteczne zakupy - prezenty dla członków swojej rodziny. Podążając zatłoczonym chodnikiem wśród innych, takich samych, znajdujących się stale w biegu, przechodniów, kątem oka wychwycił ... zadziwiający brak ruchu. Automatycznie odwrócił głowę po czym przystanął, aby z uwagą przyjrzeć się owemu niecodziennemu zjawisku.
Na czerwonym moście stała młoda dziewczyna. Otwartą dłoń wyciągniętą miała przed siebie i zdawała się łapać płatki śniegu. Jej czerwony płaszczyk cały pokryty był delikatnym puchem nieustannie opadającym z nieba, tak samo jak czarny beret umieszczony na głowie, spod którego wydostały się niesforne rude loki. Stała w lekkim rozkroku, wielkimi bursztynowymi oczami wpatrując się z zachwytem w przestrzeń oraz dłoń, na której stale lądowały i topniały białe śnieżne gwiazdki.
Taką zobaczył ją Artur. Obraz ten wydał mu się najpiękniejszym obrazem jaki widział dotychczas w całym swoim ćwierćwiecznym życiu. A istota owa najbardziej intrygującą ...
Nie zastanawiając się wiele wysunął stopę, aby zrobić krok w stronę nieznajomej. Zauroczony chwilą, lekko roztargniony, nieuważny wpadł na przechodząca kobietę, której świeżo nabyte sprawunki wypadły na ziemię. Incydent ten wytrącił Artura ze stanu zauroczenia, w którym się znajdował, przeprosił potrąconą kobietę i pomógł pozbierać jej zakupy. W tej krótkiej chwili zaczął myśleć.
Kim jest ta dziewczyna? Kim jestem ja? Muszę kupić prezenty. Później nie będę miał czasu...
Wstał, otrzepał spodnie i zatopił się w pędzący tłum. Prosto do centrum handlowego.
Przez cały czas buszowania po sklepach nie mógł się skupić. Próbował racjonalnie podejść do zaistniałej parę momentów wcześniej sytuacji, jednak nie przynosiło to oczekiwanych rezultatów. Czuł ciekawość, której nie mógł wytłumaczyć, a co za tym idzie - zaspokoić. Po godzinie męczarni postanowił wrócić, lecz dziewczyny już tam nie było. Czerwony most był wyludniony, a nieprzerwanie sypiący śnieg zatarł wszelkie ślady.
Od tamtej pory Artur odczuwa nieuzasadnioną, niepojętą pustkę, poczucie utracenia czegoś niezwykle cennego.
Przychodzi na czerwony most co roku 6. grudnia z nadzieją, iż ponownie ujrzy tajemniczą dziewczynę, w której oczach migotały iskierki zachwytu i podziwu dla naturalnego zjawiska atmosferycznego. Co roku jednak odchodzi zmarznięty, rozczarowany, samotny i coraz bardziej pusty w środku.
sobota, 26 listopada 2011
Zaginiony Śledź, czyli nadejście Wielkiej Zimy (czyli przegrane konkursowe opowiadanie lekko poturbowanej i posiniaczonej Ani Daleki)
Po niedocenieniu mojej twórczości przez Szanowną Komisję Konkursową oraz ostatecznego odrzucenia dzieła mego o śledziowej tematyce (za samo podjęcie się owego tematu powinnam dostać wyróżnienie), przez co moja samoocena została radykalnie zaniżona, a wiara w pisarskie umiejętności złamana, rzucona na brudny chodnik wprost do kałuży i zdeptana brudnym obcasem niemodnych już od kilku sezonów butów, szukam wsparcia w internautach ulubionych moich. Opowiadanie jest krótkie (głupie ograniczenia, brr...) i z powodu limitu znaków właśnie nie mogłam się zbytnio rozwinąć, jednakże (korzystając z okazji, iż Tu rządzę Ja i ja decyduję co jest fajne a co nie i ile czego ma być) pozwolę sobie dopisać właściwe zakończenie. :D
Niezgoda zagościła chyba na stałe wśród mieszkańców krainy Tibili. Dawno już nie słyszano wesołego chichotu flirtujących dziewcząt, ściszonych do szeptu podnieconych głosów kobiet wymieniających najświeższe ploteczki, tubalnych okrzyków mężczyzn żartujących przy kartach i wódce. Nawet radosny gwar dzieci, który zwykł rozbrzmiewać dotychczas nieustannie zaczął cichnąć, jakby i te małe niewinne człowieczki nie potrafiły już oszukiwać siebie samych oraz Tibili, będącej całym ich światem. Zdawały pochylać zrezygnowane główki przed Smutkiem, Nienawiścią, Rozpaczą i Złością – nowo przybyłymi nieznajomymi, zamykając dotychczas rozwarte w radosnym okrzyku usteczka.
Niegdyś było inaczej. Tibilijczycy darzyli się bezinteresowną i czystą miłością szanując się oraz dbając o siebie nawzajem jak szczęśliwa liczna rodzina. Wiedli sielskie, niczym niezmącone życie do czasu, aż odeszła Pogodna Złota Jesień, a nadeszła Wielka Zima. A może to Jesień odeszła, bo najpierw nadeszła Zima? Nikt właściwie nie znał odpowiedzi na to pytanie. Nikt też nie miał tak mało ważnych spraw, aby wystarczająco długo rozważać tę kwestę, by w rezultacie wyciągnąć jakieś wnioski.
W Tibili na wschodnim krańcu planety była jedna pora roku. Wieczna jesień była ciepła, słoneczna i przyjemna. Świat mieszkańców krainy usłany był złocistymi, dopiero co opadniętymi liśćmi z dorodnych i majestatycznych dębów, będących wizytówką i dumą okolicy.
Miejscowa ludność mieszkała w dużych, komfortowych i w pełni wyposażonych namiotach, ponieważ ścinanie Świętych Dębów było kategorycznie zabronione, a inne budulce były im nieznane.
Dokładnie pośrodku, w centralnym punkcie regionu, na placu Posępnych Dębów stał imponujący pozłacany namiot, w którym mieszkała przywódczyni Tibili wraz ze swoimi podopiecznymi – dwiema najpiękniejszymi niewiastami z okręgu. Stabilność schronienia zapewniało im sto rubinowych śledzi, należących jeszcze do założycieli osady. Symbolizowały one całość, jedność, idealność i dostatek. Szczegóły ich pochodzenia owiane były mgłą tajemnicy, a na ten temat krążyło mnóstwo legend. Niezależnie od stopnia różnorodności wszystkie historie miały jeden wspólny element: gdy idealna liczba zostanie zachwiana, zburzony zostanie panujący dotychczas ład. Prawie nikt jednak nie pamiętał o tej przestrodze, gdy mróz i smutek otulił krainę.
Dwunastoletnia Tara, młodsza protegowana przywódczyni Tibili, zbierała chrust na opał w okolicy Złotego Namiotu. Palce zgrabiały jej od zimna, gdyż nie miała odpowiedniego odzienia na taki ziąb. Krążyła po lesie już od ponad dwóch godzin, a nie zapełniła jeszcze taczki suchymi drwami. W takim wypadku nie mogła zawrócić. Tibilisi, jej opiekunka, mówiła, że dyscyplina jest najważniejszą cechą każdego przywódcy.
Kiedy dziewczyna wspominała te słowa, aby zmotywować się do dalszego poszukiwania i nie zawrócić do ciepłego schronienia, usłyszała szelest liści inny niż dotychczas. Zamarła w bezruchu. Niegdyś nie przejęłaby się zbytnio. Niegdyś nie bała się, bo ludzie byli życzliwi, a Córy Dębów traktowali niemal jak bóstwa. Dziś prawie każdy z poddanych był jej potencjalnym wrogiem. Chodziły słuchy, że chciano znieść dyktaturę i wprowadzić rządy ludu, czy coś w tym stylu. Tara nie orientowała się za dobrze w politycznych sprawach.
Wolno, z niezwykłą gracją nawet jak na tak drobną dziewczynę, przemieściła się i przywarła do najbliższego dębu. Poczuła delikatne ciepło, które dodało jej otuchy. Wyjrzała zatem powoli w poszukiwaniu źródła owego hałasu, który ją spłoszył. Rozglądała się przez chwilę aż jej bystry wzrok dostrzegł ruch. Coś wczołgało się do dziupli starego drzewa. Ciemny kształt drżał z zimna i ze strachu w środku, ponieważ puste drewno nie zapewniło mu większej ochrony.
Po chwili namysłu dziewczynka zdecydowała się podejść bliżej.
- Przepraszam cię, czy coś się stało? - spytała łagodnie zaglądając do dziury.
Odpowiedziała jej cisza.
- Cały dygoczesz. Mogę ci pomóc? - kontynuowała nawiązanie kontaktu. Powoli wyciągnęła przed siebie drżącą rękę i skierowała w stronę skulonej istoty. Delikatnie położyła ją na zimnej, poranionej głowie i poczęła głaskać. - Nie bój się mnie. Mogę cię obronić – szepnęła troskliwie.
Główka drgnęła. Postać zaczęła się czołgać aż wyszła z wnętrza drzewa. Przed Tarą stanął chłopczyk wyglądający na dziewięć, może dziesięć lat. Był cały umorusany i posiniaczony, a jego ubranie podarte.
- Jak masz na imię?
- Jonasz – wychrypiało dziecko. Widać od dawna nie używał strun głosowych. - A Ty?
- Jestem Tara, podopieczna Wspaniałej Tibilisi, Wybranki Dębów i jej następczyni zarazem.
- No nie wiem… oni planują bunt, więc raczej umrzesz.
- Przepraszam? - Tara uniosła dumnie głowę, zerkając z wyższością na chłopca.
- Ludzie ze wsi. Zabili moich rodziców, bo nie chcieli się do nich przyłączyć. Powiedzieli, że nie staną przeciw Wielkim Dębom i ich Wybrance. Przepłacili to życiem. Mi udało się uciec. Tobie też radzę. Kiedy zbiorą wystarczająco dużo buntowników będzie już za późno!
Zapadła cisza. Wpatrywali się w siebie bojąc się wydobyć najmniejszy dźwięk.
- Czy jest jakiś sposób... - zaczęła następczyni Tibilisi – aby przerwać tę farsę?
- Wiesz... - chłopiec zawahał się. Usiadł na ziemi, podniósł mały patyczek i począł dziurawić nim pożółkłe lekko przymarznięte liście. - Jest dużo legend mówiących o nadejściu Zimy. Mówią one, że to przez śledzie.
- Śledzie?
- Tak. Rubinowe, które przykuwają do gleby wasz namiot. Jeśli jeden zaginie to nastaną mroczne i zimne dni. - Umilkł. Po chwili podniósł głowę, zmarszczył brwi, spojrzał na dziewczynę i z powagą zapytał – sprawdzałaś, czy śledzie są na miejscu?
Dziewczynka pokręciła przecząco głową lekko skonfundowana. Chwilę później jednak w jej głowie ukazał się obraz Luci, starszej podopiecznej Tibilisi, chowającej w połach sukni coś podłużnego mieniącego się czerwonym blaskiem. Rubinowym blaskiem. Otworzyła szeroko oczy, złapała Jonasza za nadgarstek i rzuciła się pędem w drogę powrotną do Złotego Namiotu.
Dwójka dzieci, po uprzednim obejściu lokum przywódczyni Tibili, dokładnym sprawdzeniu śledzi i stwierdzeniu braku jednego, przyczaiła się za pobliskim dębami. Czekali aż Lucia opuści namiot. Gdy zobaczyli jak dziewczyna wychodzi i oddala się z wolna zakradli się do jej komnaty i zaczęli przerzucać niezliczone fatałaszki typowe dla nastolatek w tym okresie. Po długich minutach wypełnionych głuchą ciszą i strachem wzrok chłopca wychwycił czerwony blask. Miliony rubinowych kamyczków odbijało wpadające przez okienko ostatnie promienie słońca. Intruzi otrząsnęli się błyskawicznie z ogarniającego ich stanu zauroczenia i rzucili się w kierunku poszukiwanego przedmiotu.
- Mamy go! - Wykrzyknęła cichutko Tara
- Tak! Teraz wszystko będzie jak dawniej! - Odszepnął podekscytowanym głosem przyjaciel, lecz po chwili spochmurniał.- Z małą zmianą, gdyż moi rodzice nie wrócą ze świata zmarłych.
- Nie martw się. Teraz masz mnie. Obiecałam przecież, że się tobą zaopiekuję.
Drobna dłoń dziewczynki spoczęła na ramieniu chłopca, który uniósł głowę kierując załzawione swoje oczy na drobną twarz Tary, aby znaleźć ostateczne potwierdzenie obietnicy w jej ciepłym spojrzeniu.
To trwało ułamki sekund. Szczupła dłoń opadła na ramię Jonasza zamykając się w żelaznym uścisku i raniąc boleśnie delikatne ciało chłopca. Jego krew spływała po ostrych, wypielęgnowanych paznokciach Luci zatopionych w skórze sieroty.
- Co wy tu ... - wysyczała przez zaciśnięte zęby rozluźniając uścisk i popychając swoją ofiarę z niesamowitą, jak na tak drobną osóbkę, siłą. Jonasz upadł na ziemię niefortunnie uderzając głową w kufer i tracąc świadomość.
- Chciałeś mnie okraść, wieśniaku! - Krzyknęła nie kryjąc furii.
- Lucio! - Zaprotestowała Tara, która zdołała dopiero teraz wydobyć z siebie głos. Usta jej drżały z przerażenia, a w oczach czaiła się panika i rozpacz.
- Zamknij się, mała krowo bo będziesz następna! Nie odbierzecie mi tego, rozumiesz?! Tyle czasu poświęciłam, aby to wszystko dobrze rozegrać. Wymyślić misterny plan. Tyle wysiłku ...
- Co? O czym ty mówisz...? - Wyszeptała kręcąc z niedowierzaniem głową.
- O tym! - Burknęła ze zniecierpliwieniem nastolatka wyrywając z zaciśniętej w pięść dłoni Tary podłużny rubinowy przedmiot, o którym dziewczynka już dawno zapomniała. Po chwili zaczęła się głośno i nieskrępowanie śmiać ewidentnie rozkoszując się chwilą obecną. W dłoni trzymała brakującego śledzia od Złotego Namiotu poruszając nim trzęsąc się pod wpływem napadu radości. Umilkła nagle obserwując migający blask powstały przez rozproszenie światła w rubinach. - Piękne... Jednak, wracając do rzeczy, nie sądziłam, że ostatnia czynność pójdzie tak łatwo. A tu - sami wchodzicie mi w ręce. Cudownie ... Sama lepiej bym tego nie obmyśliła.
- Nie rozumiem ... - Tara prawie bezgłośnie poruszała wargami w kompletnym osłupieniu.
- Nie podobał mi się panujący ustrój i ład, więc postanowiłam je zmienić. Proste - wzruszyła ramionami. - Nudno było w takiej zgodzie żyć stale. Teraz to ja będę panować! - Po wypowiedzeniu ostatnich słów zamachnęła ręką, w której trzymała wysadzanego rubinami śledzia celując jego ostrze wprost w serce nieprzytomnego Jonasza leżącego na wznak.
Obrazek ten wywołał błyskawiczną reakcje Tary, która poderwała się z podłogi i w jednej chwili znalazła się tuż obok bezwładnego przyjaciela. Opadła na jego nieruchomą sylwetkę przyjmując śmiertelny cios na siebie. Drgawki wstrząsnęły jej młodym ciałem powodując, że krew poczęła sączyć się z rany w ogromnych ilościach. W okolicy nie było niemal niczego nieobryzganego rubinową posoką. Śledź wypadł z dłoni Luci, która padła na kolana i zaczęła krzyczeć, gdyż wnętrze jej przeszył potworny ból – kara za zbrodnię na niewinnej istocie. To było jednak bez znaczenia. Wszystkie wymagane elementy pozwalające zakończyć ostateczną przemianę zostały spełnione. Dokonało się.
Umorusana we krwi siostry uniosła się po chwili, oblizując zakrwawione wargi wykrzywione w triumfalnym uśmiechu.
I tak nadeszła Wielka Zima trwająca po dziś dzień.
Niezgoda zagościła chyba na stałe wśród mieszkańców krainy Tibili. Dawno już nie słyszano wesołego chichotu flirtujących dziewcząt, ściszonych do szeptu podnieconych głosów kobiet wymieniających najświeższe ploteczki, tubalnych okrzyków mężczyzn żartujących przy kartach i wódce. Nawet radosny gwar dzieci, który zwykł rozbrzmiewać dotychczas nieustannie zaczął cichnąć, jakby i te małe niewinne człowieczki nie potrafiły już oszukiwać siebie samych oraz Tibili, będącej całym ich światem. Zdawały pochylać zrezygnowane główki przed Smutkiem, Nienawiścią, Rozpaczą i Złością – nowo przybyłymi nieznajomymi, zamykając dotychczas rozwarte w radosnym okrzyku usteczka.
Niegdyś było inaczej. Tibilijczycy darzyli się bezinteresowną i czystą miłością szanując się oraz dbając o siebie nawzajem jak szczęśliwa liczna rodzina. Wiedli sielskie, niczym niezmącone życie do czasu, aż odeszła Pogodna Złota Jesień, a nadeszła Wielka Zima. A może to Jesień odeszła, bo najpierw nadeszła Zima? Nikt właściwie nie znał odpowiedzi na to pytanie. Nikt też nie miał tak mało ważnych spraw, aby wystarczająco długo rozważać tę kwestę, by w rezultacie wyciągnąć jakieś wnioski.
W Tibili na wschodnim krańcu planety była jedna pora roku. Wieczna jesień była ciepła, słoneczna i przyjemna. Świat mieszkańców krainy usłany był złocistymi, dopiero co opadniętymi liśćmi z dorodnych i majestatycznych dębów, będących wizytówką i dumą okolicy.
Miejscowa ludność mieszkała w dużych, komfortowych i w pełni wyposażonych namiotach, ponieważ ścinanie Świętych Dębów było kategorycznie zabronione, a inne budulce były im nieznane.
Dokładnie pośrodku, w centralnym punkcie regionu, na placu Posępnych Dębów stał imponujący pozłacany namiot, w którym mieszkała przywódczyni Tibili wraz ze swoimi podopiecznymi – dwiema najpiękniejszymi niewiastami z okręgu. Stabilność schronienia zapewniało im sto rubinowych śledzi, należących jeszcze do założycieli osady. Symbolizowały one całość, jedność, idealność i dostatek. Szczegóły ich pochodzenia owiane były mgłą tajemnicy, a na ten temat krążyło mnóstwo legend. Niezależnie od stopnia różnorodności wszystkie historie miały jeden wspólny element: gdy idealna liczba zostanie zachwiana, zburzony zostanie panujący dotychczas ład. Prawie nikt jednak nie pamiętał o tej przestrodze, gdy mróz i smutek otulił krainę.
Dwunastoletnia Tara, młodsza protegowana przywódczyni Tibili, zbierała chrust na opał w okolicy Złotego Namiotu. Palce zgrabiały jej od zimna, gdyż nie miała odpowiedniego odzienia na taki ziąb. Krążyła po lesie już od ponad dwóch godzin, a nie zapełniła jeszcze taczki suchymi drwami. W takim wypadku nie mogła zawrócić. Tibilisi, jej opiekunka, mówiła, że dyscyplina jest najważniejszą cechą każdego przywódcy.
Kiedy dziewczyna wspominała te słowa, aby zmotywować się do dalszego poszukiwania i nie zawrócić do ciepłego schronienia, usłyszała szelest liści inny niż dotychczas. Zamarła w bezruchu. Niegdyś nie przejęłaby się zbytnio. Niegdyś nie bała się, bo ludzie byli życzliwi, a Córy Dębów traktowali niemal jak bóstwa. Dziś prawie każdy z poddanych był jej potencjalnym wrogiem. Chodziły słuchy, że chciano znieść dyktaturę i wprowadzić rządy ludu, czy coś w tym stylu. Tara nie orientowała się za dobrze w politycznych sprawach.
Wolno, z niezwykłą gracją nawet jak na tak drobną dziewczynę, przemieściła się i przywarła do najbliższego dębu. Poczuła delikatne ciepło, które dodało jej otuchy. Wyjrzała zatem powoli w poszukiwaniu źródła owego hałasu, który ją spłoszył. Rozglądała się przez chwilę aż jej bystry wzrok dostrzegł ruch. Coś wczołgało się do dziupli starego drzewa. Ciemny kształt drżał z zimna i ze strachu w środku, ponieważ puste drewno nie zapewniło mu większej ochrony.
Po chwili namysłu dziewczynka zdecydowała się podejść bliżej.
- Przepraszam cię, czy coś się stało? - spytała łagodnie zaglądając do dziury.
Odpowiedziała jej cisza.
- Cały dygoczesz. Mogę ci pomóc? - kontynuowała nawiązanie kontaktu. Powoli wyciągnęła przed siebie drżącą rękę i skierowała w stronę skulonej istoty. Delikatnie położyła ją na zimnej, poranionej głowie i poczęła głaskać. - Nie bój się mnie. Mogę cię obronić – szepnęła troskliwie.
Główka drgnęła. Postać zaczęła się czołgać aż wyszła z wnętrza drzewa. Przed Tarą stanął chłopczyk wyglądający na dziewięć, może dziesięć lat. Był cały umorusany i posiniaczony, a jego ubranie podarte.
- Jak masz na imię?
- Jonasz – wychrypiało dziecko. Widać od dawna nie używał strun głosowych. - A Ty?
- Jestem Tara, podopieczna Wspaniałej Tibilisi, Wybranki Dębów i jej następczyni zarazem.
- No nie wiem… oni planują bunt, więc raczej umrzesz.
- Przepraszam? - Tara uniosła dumnie głowę, zerkając z wyższością na chłopca.
- Ludzie ze wsi. Zabili moich rodziców, bo nie chcieli się do nich przyłączyć. Powiedzieli, że nie staną przeciw Wielkim Dębom i ich Wybrance. Przepłacili to życiem. Mi udało się uciec. Tobie też radzę. Kiedy zbiorą wystarczająco dużo buntowników będzie już za późno!
Zapadła cisza. Wpatrywali się w siebie bojąc się wydobyć najmniejszy dźwięk.
- Czy jest jakiś sposób... - zaczęła następczyni Tibilisi – aby przerwać tę farsę?
- Wiesz... - chłopiec zawahał się. Usiadł na ziemi, podniósł mały patyczek i począł dziurawić nim pożółkłe lekko przymarznięte liście. - Jest dużo legend mówiących o nadejściu Zimy. Mówią one, że to przez śledzie.
- Śledzie?
- Tak. Rubinowe, które przykuwają do gleby wasz namiot. Jeśli jeden zaginie to nastaną mroczne i zimne dni. - Umilkł. Po chwili podniósł głowę, zmarszczył brwi, spojrzał na dziewczynę i z powagą zapytał – sprawdzałaś, czy śledzie są na miejscu?
Dziewczynka pokręciła przecząco głową lekko skonfundowana. Chwilę później jednak w jej głowie ukazał się obraz Luci, starszej podopiecznej Tibilisi, chowającej w połach sukni coś podłużnego mieniącego się czerwonym blaskiem. Rubinowym blaskiem. Otworzyła szeroko oczy, złapała Jonasza za nadgarstek i rzuciła się pędem w drogę powrotną do Złotego Namiotu.
Dwójka dzieci, po uprzednim obejściu lokum przywódczyni Tibili, dokładnym sprawdzeniu śledzi i stwierdzeniu braku jednego, przyczaiła się za pobliskim dębami. Czekali aż Lucia opuści namiot. Gdy zobaczyli jak dziewczyna wychodzi i oddala się z wolna zakradli się do jej komnaty i zaczęli przerzucać niezliczone fatałaszki typowe dla nastolatek w tym okresie. Po długich minutach wypełnionych głuchą ciszą i strachem wzrok chłopca wychwycił czerwony blask. Miliony rubinowych kamyczków odbijało wpadające przez okienko ostatnie promienie słońca. Intruzi otrząsnęli się błyskawicznie z ogarniającego ich stanu zauroczenia i rzucili się w kierunku poszukiwanego przedmiotu.
- Mamy go! - Wykrzyknęła cichutko Tara
- Tak! Teraz wszystko będzie jak dawniej! - Odszepnął podekscytowanym głosem przyjaciel, lecz po chwili spochmurniał.- Z małą zmianą, gdyż moi rodzice nie wrócą ze świata zmarłych.
- Nie martw się. Teraz masz mnie. Obiecałam przecież, że się tobą zaopiekuję.
Drobna dłoń dziewczynki spoczęła na ramieniu chłopca, który uniósł głowę kierując załzawione swoje oczy na drobną twarz Tary, aby znaleźć ostateczne potwierdzenie obietnicy w jej ciepłym spojrzeniu.
To trwało ułamki sekund. Szczupła dłoń opadła na ramię Jonasza zamykając się w żelaznym uścisku i raniąc boleśnie delikatne ciało chłopca. Jego krew spływała po ostrych, wypielęgnowanych paznokciach Luci zatopionych w skórze sieroty.
- Co wy tu ... - wysyczała przez zaciśnięte zęby rozluźniając uścisk i popychając swoją ofiarę z niesamowitą, jak na tak drobną osóbkę, siłą. Jonasz upadł na ziemię niefortunnie uderzając głową w kufer i tracąc świadomość.
- Chciałeś mnie okraść, wieśniaku! - Krzyknęła nie kryjąc furii.
- Lucio! - Zaprotestowała Tara, która zdołała dopiero teraz wydobyć z siebie głos. Usta jej drżały z przerażenia, a w oczach czaiła się panika i rozpacz.
- Zamknij się, mała krowo bo będziesz następna! Nie odbierzecie mi tego, rozumiesz?! Tyle czasu poświęciłam, aby to wszystko dobrze rozegrać. Wymyślić misterny plan. Tyle wysiłku ...
- Co? O czym ty mówisz...? - Wyszeptała kręcąc z niedowierzaniem głową.
- O tym! - Burknęła ze zniecierpliwieniem nastolatka wyrywając z zaciśniętej w pięść dłoni Tary podłużny rubinowy przedmiot, o którym dziewczynka już dawno zapomniała. Po chwili zaczęła się głośno i nieskrępowanie śmiać ewidentnie rozkoszując się chwilą obecną. W dłoni trzymała brakującego śledzia od Złotego Namiotu poruszając nim trzęsąc się pod wpływem napadu radości. Umilkła nagle obserwując migający blask powstały przez rozproszenie światła w rubinach. - Piękne... Jednak, wracając do rzeczy, nie sądziłam, że ostatnia czynność pójdzie tak łatwo. A tu - sami wchodzicie mi w ręce. Cudownie ... Sama lepiej bym tego nie obmyśliła.
- Nie rozumiem ... - Tara prawie bezgłośnie poruszała wargami w kompletnym osłupieniu.
- Nie podobał mi się panujący ustrój i ład, więc postanowiłam je zmienić. Proste - wzruszyła ramionami. - Nudno było w takiej zgodzie żyć stale. Teraz to ja będę panować! - Po wypowiedzeniu ostatnich słów zamachnęła ręką, w której trzymała wysadzanego rubinami śledzia celując jego ostrze wprost w serce nieprzytomnego Jonasza leżącego na wznak.
Obrazek ten wywołał błyskawiczną reakcje Tary, która poderwała się z podłogi i w jednej chwili znalazła się tuż obok bezwładnego przyjaciela. Opadła na jego nieruchomą sylwetkę przyjmując śmiertelny cios na siebie. Drgawki wstrząsnęły jej młodym ciałem powodując, że krew poczęła sączyć się z rany w ogromnych ilościach. W okolicy nie było niemal niczego nieobryzganego rubinową posoką. Śledź wypadł z dłoni Luci, która padła na kolana i zaczęła krzyczeć, gdyż wnętrze jej przeszył potworny ból – kara za zbrodnię na niewinnej istocie. To było jednak bez znaczenia. Wszystkie wymagane elementy pozwalające zakończyć ostateczną przemianę zostały spełnione. Dokonało się.
Umorusana we krwi siostry uniosła się po chwili, oblizując zakrwawione wargi wykrzywione w triumfalnym uśmiechu.
I tak nadeszła Wielka Zima trwająca po dziś dzień.
piątek, 14 października 2011
Starcie Żywiołów (cz.II)
- Chciałabym być dzieckiem. Móc ukryć się w silnych i opiekuńczych ramionach. Być ogrzewaną kawałek po kawałku przez ciepłe dłonie kogoś serdecznego. Chciałabym móc zasnąć niewinnym i głębokim snem. Snuć kolorowe historie o barwnych motylach, niespotykanych roślinach, mówiących zwierzętach... O magicznych krainach pełnych spokoju i bezpieczeństwa. Nie widzieć brutalności tego świata. Naturalnie wierzyć w oczywistość miłości i dobroć otaczających mnie istot - myślała Kira spoglądając na rozpościerające się przed nią pogorzelisko. Bitwa ją wyczerpała, co stanowiło niepokojący fakt, ponieważ grupa z którą się zmierzyła nie miała w swych szeregach ani jednego Wtajemniczonego. Oznaczać to może tylko jedno - szeregowi żołnierze Żywiołów stali się silniejsi niż dotychczas.
Kira przez chwilę jeszcze patrzyła załzawionym, nieobecnym wzrokiem w dal przez tlące się kawałki tarcz, ludzkie szczątki, rozgrzany do czerwoności metal, grudy rozrytej ziemi aż po niepokojąco spokojny horyzont.
Kira, jak i pozostali Tancerze, przywykła do przelewania krwi. Liczne morderstwa dokonane były przecież w imię większego dobra i podczas walki. Zdrajcy wiedzieli na co się piszą wcielając się do armii.
Mimo wiary w dobrą sprawę nie czuła już radości. Nie potrafiła znaleźć niczego, co mogłoby być odskocznią od codziennej praktyki, czyli siekania na drobne kawałki mieszkańców swojej planety. Czuła pustkę w sercu i brak duszy w swoim wnętrzu. Zresztą pewnie jej już tam nie ma. Jaka dusza wytrzymałaby w ciele robiącym TAKIE rzeczy?
Rozmyślania dziewczyny przerwał cichy dźwięk przywodzący na myśl bulgotanie gęstej cieczy. Wodziła wzrokiem w poszukiwaniu owego dźwięku aż spojrzenie jej napotkało bladą i siną twarz Terego. Usta wypełnione miał swoją własną krwią, którą się dławił.
Czas stanął w miejscu a jedynym co słyszała był puls tłukący się w skroniach mający za chwilę rozwalić jej głowę.
Po 15 sekundach zdających się trwać wieczność rzuciła się w kierunku towarzysza broni, lecz nie mogła już nic zrobić. Brunatna plama pokryła niegdyś szarą koszulkę na zawsze zmieniając jej kolor. Było to jednak bez znaczenia, bo nigdy nie miała już zostać uprana. Wspomniane odzienie rozcięte było na piersi. Widoczny był również ślad głębokiego kłucia. Płuco Terego zostało przebite ostrzem miecza.
Prawda docierała do niej z opóźnieniem.
Zabiła Terego.
Jak się czuje ktoś w czyich rękach spoczywa życie innego człowieka?
Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi. Zależy ona bowiem od indywidualnego charakteru, wartości danego życia i oczywiście od sytuacji.
Łzy spływały po policzkach Kiry. Zostawiając swojego kompana widziała dwie drogi. Jedną krętą, usłaną cierniami jednak po pokonaniu pewnego odcinka wymarzoną, pełną radości i spokoju a następną... w następnej była śmierć.
Ślepo wierzyła w pierwszą drogę całkowicie niemal odrzucając tę drugą, która wkrótce miała okazać się najbardziej prawdopodobna.
Przełożona powiedziała jej, że będzie mogła zmienić partnera, jednak najpierw trzeba przeprowadzić ćwiczenia indywidualne, aby znaleźć odpowiednich wojowników, z którymi wszystkie strony będą się dobrze rozumieć. Zgranie i wewnętrzne porozumienie jest bowiem ważne na polu walki tak samo jak na parkiecie służącym do tańca.
Musieli tę bitwę stoczyć jeszcze razem, jednak stojąc na półce skalnej Kira myślała o tym, że bardzo prawdopodobnym jest, iż bitwa ta będzie ich ostatnią wspólną bitwą. Jak się później okazało, modły jej zostały wysłuchane.
Sztylet błysnął w mroku zatapiając swe ostrze w miękkim, ciepłym jeszcze ciele mężczyzny. Ukróciła cierpienie Terego. Jej łzy spływały po nieruchomej i obojętnej na pozór twarzy Kiry. W głowie natomiast zgromadziło się multum myśli, które toczyły bitwę między sobą. Żałowała byłego przyjaciela, lecz nie zwykła płakać nad rozlanym mlekiem. Jej rozpacz nie cofnie biegu zdarzeń, więc nie widziała sensu w pogrążaniu się w żałobie. Może później kiedy uda jej się uratować własny tyłek.
Wolała nie myśleć, co się stanie jeśli ktoś odkryje, że Tery zginął z jej ręki! W najlepszym wypadku zostanie wygnana a to wiąże się z niechybną śmiercią. Nawet gdyby uwierzyli jej, że całe zdarzenie było tylko przypadkiem nie przyniosłoby to wiele korzyści. Żeby panować nad grupą i przetrwać w trudnych czasach przełożeni musieli wprowadzić reguły i przestrzegać ich skrupulatnie. W sprawie zabójstwa lub przyczynienia się do śmierci jednego z członków stowarzyszenia zasady były jasne.
Kira wydobyła z kieszeni porzuconego skórzanego płaszcza Terego buteleczkę z benzyną i wylała jej zawartość na właściciela okrycia leżącego nieruchomo u jej stóp. W własnej kieszeni znalazła pudełko zapałek. Wyciągnęła jedną po czym wprawnym ruchem potarła jej główkę o draskę. Pojawił się płomyk, który bez wahania wypuściła z dłoni. Ciało mężczyzny po kilku ułamkach sekundy zajęło się ogniem, a po kilku chwilach spłonęło doszczętnie. Wiatr rozniósł prochy w różne strony świata jednak swąd spalonej skóry przyjaciela podążał za Kirą jeszcze przez długi czas.
Dziewczyna pozbierała rzeczy zmarłego kompana i wrzuciła je do lnianego worka, który nosiła ze sobą na fanty znalezione na polu bitwy.
Kira przez chwilę jeszcze patrzyła załzawionym, nieobecnym wzrokiem w dal przez tlące się kawałki tarcz, ludzkie szczątki, rozgrzany do czerwoności metal, grudy rozrytej ziemi aż po niepokojąco spokojny horyzont.
Kira, jak i pozostali Tancerze, przywykła do przelewania krwi. Liczne morderstwa dokonane były przecież w imię większego dobra i podczas walki. Zdrajcy wiedzieli na co się piszą wcielając się do armii.
Mimo wiary w dobrą sprawę nie czuła już radości. Nie potrafiła znaleźć niczego, co mogłoby być odskocznią od codziennej praktyki, czyli siekania na drobne kawałki mieszkańców swojej planety. Czuła pustkę w sercu i brak duszy w swoim wnętrzu. Zresztą pewnie jej już tam nie ma. Jaka dusza wytrzymałaby w ciele robiącym TAKIE rzeczy?
Rozmyślania dziewczyny przerwał cichy dźwięk przywodzący na myśl bulgotanie gęstej cieczy. Wodziła wzrokiem w poszukiwaniu owego dźwięku aż spojrzenie jej napotkało bladą i siną twarz Terego. Usta wypełnione miał swoją własną krwią, którą się dławił.
Czas stanął w miejscu a jedynym co słyszała był puls tłukący się w skroniach mający za chwilę rozwalić jej głowę.
Po 15 sekundach zdających się trwać wieczność rzuciła się w kierunku towarzysza broni, lecz nie mogła już nic zrobić. Brunatna plama pokryła niegdyś szarą koszulkę na zawsze zmieniając jej kolor. Było to jednak bez znaczenia, bo nigdy nie miała już zostać uprana. Wspomniane odzienie rozcięte było na piersi. Widoczny był również ślad głębokiego kłucia. Płuco Terego zostało przebite ostrzem miecza.
Prawda docierała do niej z opóźnieniem.
Zabiła Terego.
Jak się czuje ktoś w czyich rękach spoczywa życie innego człowieka?
Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi. Zależy ona bowiem od indywidualnego charakteru, wartości danego życia i oczywiście od sytuacji.
Łzy spływały po policzkach Kiry. Zostawiając swojego kompana widziała dwie drogi. Jedną krętą, usłaną cierniami jednak po pokonaniu pewnego odcinka wymarzoną, pełną radości i spokoju a następną... w następnej była śmierć.
Ślepo wierzyła w pierwszą drogę całkowicie niemal odrzucając tę drugą, która wkrótce miała okazać się najbardziej prawdopodobna.
Przełożona powiedziała jej, że będzie mogła zmienić partnera, jednak najpierw trzeba przeprowadzić ćwiczenia indywidualne, aby znaleźć odpowiednich wojowników, z którymi wszystkie strony będą się dobrze rozumieć. Zgranie i wewnętrzne porozumienie jest bowiem ważne na polu walki tak samo jak na parkiecie służącym do tańca.
Musieli tę bitwę stoczyć jeszcze razem, jednak stojąc na półce skalnej Kira myślała o tym, że bardzo prawdopodobnym jest, iż bitwa ta będzie ich ostatnią wspólną bitwą. Jak się później okazało, modły jej zostały wysłuchane.
Sztylet błysnął w mroku zatapiając swe ostrze w miękkim, ciepłym jeszcze ciele mężczyzny. Ukróciła cierpienie Terego. Jej łzy spływały po nieruchomej i obojętnej na pozór twarzy Kiry. W głowie natomiast zgromadziło się multum myśli, które toczyły bitwę między sobą. Żałowała byłego przyjaciela, lecz nie zwykła płakać nad rozlanym mlekiem. Jej rozpacz nie cofnie biegu zdarzeń, więc nie widziała sensu w pogrążaniu się w żałobie. Może później kiedy uda jej się uratować własny tyłek.
Wolała nie myśleć, co się stanie jeśli ktoś odkryje, że Tery zginął z jej ręki! W najlepszym wypadku zostanie wygnana a to wiąże się z niechybną śmiercią. Nawet gdyby uwierzyli jej, że całe zdarzenie było tylko przypadkiem nie przyniosłoby to wiele korzyści. Żeby panować nad grupą i przetrwać w trudnych czasach przełożeni musieli wprowadzić reguły i przestrzegać ich skrupulatnie. W sprawie zabójstwa lub przyczynienia się do śmierci jednego z członków stowarzyszenia zasady były jasne.
Kira wydobyła z kieszeni porzuconego skórzanego płaszcza Terego buteleczkę z benzyną i wylała jej zawartość na właściciela okrycia leżącego nieruchomo u jej stóp. W własnej kieszeni znalazła pudełko zapałek. Wyciągnęła jedną po czym wprawnym ruchem potarła jej główkę o draskę. Pojawił się płomyk, który bez wahania wypuściła z dłoni. Ciało mężczyzny po kilku ułamkach sekundy zajęło się ogniem, a po kilku chwilach spłonęło doszczętnie. Wiatr rozniósł prochy w różne strony świata jednak swąd spalonej skóry przyjaciela podążał za Kirą jeszcze przez długi czas.
Dziewczyna pozbierała rzeczy zmarłego kompana i wrzuciła je do lnianego worka, który nosiła ze sobą na fanty znalezione na polu bitwy.
sobota, 20 sierpnia 2011
Postulat AD
Drodzy mężczyźni.
Dziś Was nie lubię.
Przyznam szczerze, że przedstawiciele płci Waszej zawiedli mnie ostatnio.
Nie mam prawa niby osądzać ogółu po znajomości ułamka, jednakże nie obchodzi mnie to dziś.
Zupełnie i wcale.
Będę bezwzględna zatem.
Uwielbiałam Was.
To prawda.
Przeszła, zamierzchła, miniona.
Nie powróci zbyt szybko zapewne do mego serca ta ufność i wiara jaką w Was, drodzy mężczyźni, pokładałam.
Miałam kiedyś chłopaka. Wspaniałego i czułego...czasem.
Miałam kiedyś przyjaciela przeszło lat pięćdziesiąt temu, który zostawił mnie wtedy, kiedy potrzebowałam go najbardziej.
Miałam kiedyś...
Dziś jednak, gdy opuściliście mnie zgodnie i bezwzględnie nic już nie czuję.
Jestem wyprana z emocji.
Czyż to nie urocze?
Jak mam z godnością znieść fakt, iż traktujecie nas, kobiety, jak przedmioty?
Bawicie się w lalkarzy? Jesteśmy marionetkami?
Mam dość takiej kolei rzeczy.
Nie będę zmuszana do wyborów, podejmowania decyzji, między Wami, przyjaciółkami, napotkanymi przypadkiem ludźmi.
Wybieram siebie, za co zupełnie nie przepraszam.
Dziś Was nie lubię.
Przyznam szczerze, że przedstawiciele płci Waszej zawiedli mnie ostatnio.
Nie mam prawa niby osądzać ogółu po znajomości ułamka, jednakże nie obchodzi mnie to dziś.
Zupełnie i wcale.
Będę bezwzględna zatem.
Uwielbiałam Was.
To prawda.
Przeszła, zamierzchła, miniona.
Nie powróci zbyt szybko zapewne do mego serca ta ufność i wiara jaką w Was, drodzy mężczyźni, pokładałam.
Miałam kiedyś chłopaka. Wspaniałego i czułego...czasem.
Miałam kiedyś przyjaciela przeszło lat pięćdziesiąt temu, który zostawił mnie wtedy, kiedy potrzebowałam go najbardziej.
Miałam kiedyś...
Dziś jednak, gdy opuściliście mnie zgodnie i bezwzględnie nic już nie czuję.
Jestem wyprana z emocji.
Czyż to nie urocze?
Jak mam z godnością znieść fakt, iż traktujecie nas, kobiety, jak przedmioty?
Bawicie się w lalkarzy? Jesteśmy marionetkami?
Mam dość takiej kolei rzeczy.
Nie będę zmuszana do wyborów, podejmowania decyzji, między Wami, przyjaciółkami, napotkanymi przypadkiem ludźmi.
Wybieram siebie, za co zupełnie nie przepraszam.
czwartek, 18 sierpnia 2011
Starcie Żywiołów (cz.1)
AD
Porywisty wiatr targał połami długiego skórzanego płaszcza mężczyzny stojącego na skraju urwiska. Stale narastający ruch powietrza zupełnie Teremu nie przeszkadzał. Lubił stawiać opór Żywiołom Natury.
Wpatrując się w przepaść rozmyślał nad czynnikami wpływającymi na obrót spraw na jego planecie.
To właśnie Żywioły, mimo obecności innych uzdolnionych cudów Matki Natury, były najsilniejszymi jednostkami. Nierozważnymi jednak. Nazbyt dumnymi. Niepotrafiącymi rozsądnie kierować ruchem planety.
Tery zasępił się na chwilę przypominając sobie słowa, które mawiał jego mentor.
W rzeczywistości było ich więcej niż powszechnie uważano...
Niezliczona liczba nie dlatego, że duża ale temu, bo ciągle zmienna. Żywioły walczyły ze sobą likwidując się ostatecznie, rozszczepiając, deformując... Powstawały również nowe pod wpływem zmiany otoczenia, transformacji Matki Natury. Te małe były zbyt słabe, aby mieć znaczny wpływ na przebieg zdarzeń. W związku z tym liczyły się tylko cztery. Najważniejsze i najstarsze. Ziemia, Powietrze, Ogień i Woda.
Niczym czterej królowie zasiadali na tronach królestw rozstawionych na czterech krańcach planety władając wszystkim tym, czym mogli. Prowadzili nieustanne spory o granice wpływu a każdy dążył do poszerzenia terenu podległego ich panowaniu.
Nieraz schodzili z królewskich siedzisk by przechadzać się po swych włościach doglądając rozmaitych teraźniejszych, ale i przeszłych spraw oraz planując działania zapewniające wieczny triumf.
Stworzeni zostali aby władać wspólnie. Cztery różne temperamenty, moce i charaktery miały się nawzajem kontrolować ażeby zachować równowagę na planecie.
Byli jednakże przeciwnościami. Poczęli toczyć zatem walkę trwającą od setek stuleci. Czasem zawierali pakty, lecz Ogień z Wodą, Powietrze z Ziemią nie mogli się nigdy porozumieć.
Rozpoczęła się wojna stała i straszna, w której nie było miejsca na lojalność i uczciwe sojusze. Cztery potężne armie z bezwzględnymi dowódcami na czele niszczyły wszystko, co napotkały na swej drodze. Nikt nie miał prawa do neutralności.
Żywioły przybierały postać mieszkańców zamieszkiwanej planety. Ciała ich jednak były niezniszczalne a skóra różniła się nieznacznie od tej, którą posiadali śmiertelnicy. Była twarda ale cienka, jakoby ktoś nawlekł materiał, wykonany z niezniszczalnego tworzywa, na zbyt dużą rzecz.
Aktualnie trwała wojna, która porwała w wir walki również zwykłych rezydentów planety Ujum-Min. Wśród społeczeństwa powstały grupy opowiadające się za którymś z Żywiołów i walczące w jego imieniu. Planetę ogarnęły zamieszki. Przelewano krew niewinnych ludzi bez żadnego powodu. Nikt już nie pamiętał z czyjej winy rozpoczęto działania wojenne.
Świat spowiła gęsta mgła mroku. Na gruzach dawnego ładu powstał nowy - brudny, krwawy, barbarzyński, pozbawiony reguł i zasad.
W obliczu powstałej sytuacji kilkoro Ujum-minczyków postanowiło założyć zgrupowanie mające chronić bezbronnych obywateli.
Tancerze, by przetrwać i wykonywać misję, musieli zdobyć szacunek otoczenia. Środki po które sięgali winne być zatem brutalne a oni bezwzględni i bezlitośni.
Członkowie ugrupowania nie byli lubiani, lecz żaden ze zwykłych przestępców nie ważył się zmierzyć się z którymkolwiek z nich.
Tancerze byli elitarni, perfekcyjnie wyszkoleni, zdyscyplinowani i niewiarygodnie szybcy. Nazwa ugrupowania pochodziła od stylu walki. Mimo, iż każdy miał prawo wyboru broni wiodącej to technika obierana podczas starcia była precyzyjnie określona i opierająca się na jednakowych zasadach. Ruchy bojowników podczas starcia były lekkie, swobodne, zdecydowane, przepełnione gracją.
Tery był jednym z nich. Obecnie znajdował się w rejonie "z", gdzie pełnił wartę. Wypatrywał nadejścia zwolenników jednego z Żywiołów. Wiedział, że uderzą tej nocy, ponieważ utkał doskonałą sieć kontaktów oraz miał informatorów praktycznie w każdej warstwie społecznej i na większości, nawet tych najwyższych, szczebli grup oddanych Żywiołom.
Horyzont zaczął płonąć.
Chmara ludzi biegła z pochodniami wprost na niego podpalając wszystko, co napotkali po drodze. Po chwili cały plac u stóp Terego wypełniony był pomarańczowo-żółtymi językami.
Mężczyzna uniósł głowę wbijając wzrok w półkę skalną znajdującą się nieopodal. Znajdująca się tam postać trwała nieruchomo niczym posąg pozwalając aby włosy i szata, w którą była ubrana powiewały za nią na wietrze. Kiwnęła prawie niezauważalnie głową po czym rzuciła się w dół delikatnie lądując w samym sercu zamieszek. Nie upłynęło kilka sekund a Tery opadł tuż przy niej klękając na jednym kolanie i podpierając się dłonią, w której trzymał pistolet HK USP, o gorące podłoże. Wolną ręką wydobył z wewnętrznej kieszeni płaszcza drugi egzemplarz ulubionej broni.
Wyprostował się błyskawicznie i jednym ruchem odbezpieczył pistolety. Dziewczyna stała odwrócona plecami do niego z mieczem samurajskim wyciągniętym w stronę wroga. Sprawnym ruchem nadgarstków kręciła koła wywołując złowieszczy świat powietrza.
Tancerze rozpoczęli taniec śmierci tnąc, siekając, dziurawiąc, rozrywając przeciwników jednocześnie osłaniając siebie nawzajem.
Wirowali wśród ognia piruetami gasząc płomienie.
c.d.n. (?)
Porywisty wiatr targał połami długiego skórzanego płaszcza mężczyzny stojącego na skraju urwiska. Stale narastający ruch powietrza zupełnie Teremu nie przeszkadzał. Lubił stawiać opór Żywiołom Natury.
Wpatrując się w przepaść rozmyślał nad czynnikami wpływającymi na obrót spraw na jego planecie.
To właśnie Żywioły, mimo obecności innych uzdolnionych cudów Matki Natury, były najsilniejszymi jednostkami. Nierozważnymi jednak. Nazbyt dumnymi. Niepotrafiącymi rozsądnie kierować ruchem planety.
Tery zasępił się na chwilę przypominając sobie słowa, które mawiał jego mentor.
W rzeczywistości było ich więcej niż powszechnie uważano...
Niezliczona liczba nie dlatego, że duża ale temu, bo ciągle zmienna. Żywioły walczyły ze sobą likwidując się ostatecznie, rozszczepiając, deformując... Powstawały również nowe pod wpływem zmiany otoczenia, transformacji Matki Natury. Te małe były zbyt słabe, aby mieć znaczny wpływ na przebieg zdarzeń. W związku z tym liczyły się tylko cztery. Najważniejsze i najstarsze. Ziemia, Powietrze, Ogień i Woda.
Niczym czterej królowie zasiadali na tronach królestw rozstawionych na czterech krańcach planety władając wszystkim tym, czym mogli. Prowadzili nieustanne spory o granice wpływu a każdy dążył do poszerzenia terenu podległego ich panowaniu.
Nieraz schodzili z królewskich siedzisk by przechadzać się po swych włościach doglądając rozmaitych teraźniejszych, ale i przeszłych spraw oraz planując działania zapewniające wieczny triumf.
Stworzeni zostali aby władać wspólnie. Cztery różne temperamenty, moce i charaktery miały się nawzajem kontrolować ażeby zachować równowagę na planecie.
Byli jednakże przeciwnościami. Poczęli toczyć zatem walkę trwającą od setek stuleci. Czasem zawierali pakty, lecz Ogień z Wodą, Powietrze z Ziemią nie mogli się nigdy porozumieć.
Rozpoczęła się wojna stała i straszna, w której nie było miejsca na lojalność i uczciwe sojusze. Cztery potężne armie z bezwzględnymi dowódcami na czele niszczyły wszystko, co napotkały na swej drodze. Nikt nie miał prawa do neutralności.
Żywioły przybierały postać mieszkańców zamieszkiwanej planety. Ciała ich jednak były niezniszczalne a skóra różniła się nieznacznie od tej, którą posiadali śmiertelnicy. Była twarda ale cienka, jakoby ktoś nawlekł materiał, wykonany z niezniszczalnego tworzywa, na zbyt dużą rzecz.
Aktualnie trwała wojna, która porwała w wir walki również zwykłych rezydentów planety Ujum-Min. Wśród społeczeństwa powstały grupy opowiadające się za którymś z Żywiołów i walczące w jego imieniu. Planetę ogarnęły zamieszki. Przelewano krew niewinnych ludzi bez żadnego powodu. Nikt już nie pamiętał z czyjej winy rozpoczęto działania wojenne.
Świat spowiła gęsta mgła mroku. Na gruzach dawnego ładu powstał nowy - brudny, krwawy, barbarzyński, pozbawiony reguł i zasad.
W obliczu powstałej sytuacji kilkoro Ujum-minczyków postanowiło założyć zgrupowanie mające chronić bezbronnych obywateli.
Tancerze, by przetrwać i wykonywać misję, musieli zdobyć szacunek otoczenia. Środki po które sięgali winne być zatem brutalne a oni bezwzględni i bezlitośni.
Członkowie ugrupowania nie byli lubiani, lecz żaden ze zwykłych przestępców nie ważył się zmierzyć się z którymkolwiek z nich.
Tancerze byli elitarni, perfekcyjnie wyszkoleni, zdyscyplinowani i niewiarygodnie szybcy. Nazwa ugrupowania pochodziła od stylu walki. Mimo, iż każdy miał prawo wyboru broni wiodącej to technika obierana podczas starcia była precyzyjnie określona i opierająca się na jednakowych zasadach. Ruchy bojowników podczas starcia były lekkie, swobodne, zdecydowane, przepełnione gracją.
Tery był jednym z nich. Obecnie znajdował się w rejonie "z", gdzie pełnił wartę. Wypatrywał nadejścia zwolenników jednego z Żywiołów. Wiedział, że uderzą tej nocy, ponieważ utkał doskonałą sieć kontaktów oraz miał informatorów praktycznie w każdej warstwie społecznej i na większości, nawet tych najwyższych, szczebli grup oddanych Żywiołom.
Horyzont zaczął płonąć.
Chmara ludzi biegła z pochodniami wprost na niego podpalając wszystko, co napotkali po drodze. Po chwili cały plac u stóp Terego wypełniony był pomarańczowo-żółtymi językami.
Mężczyzna uniósł głowę wbijając wzrok w półkę skalną znajdującą się nieopodal. Znajdująca się tam postać trwała nieruchomo niczym posąg pozwalając aby włosy i szata, w którą była ubrana powiewały za nią na wietrze. Kiwnęła prawie niezauważalnie głową po czym rzuciła się w dół delikatnie lądując w samym sercu zamieszek. Nie upłynęło kilka sekund a Tery opadł tuż przy niej klękając na jednym kolanie i podpierając się dłonią, w której trzymał pistolet HK USP, o gorące podłoże. Wolną ręką wydobył z wewnętrznej kieszeni płaszcza drugi egzemplarz ulubionej broni.
Wyprostował się błyskawicznie i jednym ruchem odbezpieczył pistolety. Dziewczyna stała odwrócona plecami do niego z mieczem samurajskim wyciągniętym w stronę wroga. Sprawnym ruchem nadgarstków kręciła koła wywołując złowieszczy świat powietrza.
Tancerze rozpoczęli taniec śmierci tnąc, siekając, dziurawiąc, rozrywając przeciwników jednocześnie osłaniając siebie nawzajem.
Wirowali wśród ognia piruetami gasząc płomienie.
c.d.n. (?)
sobota, 6 sierpnia 2011
Ostatnie bicie serca
AD
To już trzeci rok odkąd nie płakała.
Precyzyjniej rzecz ujmując tysiąc dziewięćdziesiąty pierwszy dzień chylił się ku końcowi.
Nie pamiętała już smaku łez. Tego rozrywającego pierś uczucia rozpaczy. Odkąd zgodziła się oddać wszystko za zabranie emocji nie czuła praktycznie nic.
Odczuwała satysfakcję lub rozczarowanie, jednak niebyły one silne. Obecne tylko w życiu zawodowym. Stanowiły swoistego rodzaju nitro, bo gdyby ich nie było nie miałaby przecież motywacji.
Wyzbycie się uczuć miało ogromny wpływ na jej karierę. Nie miała skrupułów i, co najważniejsze, nie traciła cennego czasu na błahe przyjemności takie jak bezcelowe i długie spotkania z chłopcami. Utrzymywała z nimi relację tylko w dwóch celach: biznesowym i seksualnym. Pierwsze ceniła sobie bardzo, drugimi zaś gardziła ogromnie.
Popęd trzeba jednak zaspokajać niezależnie od tego jaki on jest.
Cały wolny czas poświęciła na naukę i rozwój, co opłaciło jej się ogromnie.
Miała 28 lat, zamknięty przewód doktorski i pracę jako młodszy specjalista w rządowym zakładzie fizyki nuklearnej objętym najwyższym stopniem tajności.
Trzy lata temu jej kariera nie zapowiadała się tak owocnie. Ale wtedy była zupełnie inną osobą. Bardzo emocjonalną. Często się zakochiwała i tak samo często odkochiwała. Targały nią skrajne uczucia zdecydowanie częściej niż jej rówieśników. Albo radość, albo cierpienie.
A wszystko to dotykało ją intensywniej od innych ludzi. Każda łza rozpaczy była brzytwą, łza radości zaś - opatrunkiem. Naprzemiennie to okaleczała się to leczyła.
Izabella patrzyła sercem. To ono zwykle dominowało nad mózgiem.
- Lepiej kochać i cierpieć, niż nigdy nie zaznać miłości - lubiła mawiać.
Kolejny mężczyzna którego pokochała miłością intensywną, jednak nieszczęśliwą nigdy do końca do niej nie należał.
Ich ścieżki nie miały prawa się połączyć, mimo iż on odwzajemniał jej uczucie. A może to była zwykła fascynacja? Pospolity pociąg do zakazanego owocu?
O tym się nigdy nie mieli przekonać. Los pisze swoją księgę wydarzeń nie bacząc na to, czy dobrze się ją czyta. Ma być efektowna i skomplikowana.
Ludzie są bowiem tylko zabawkami w jego rękach. Wytworami jego wyobraźni. Zranić zatem ich nie można skoro nie istnieją.
Los litował się, jednak czasem nad bohaterami swojej powieści.
Ulitował się również nad dziewczyną opłakującą tragiczną śmierć swego ukochanego.
Tak długo błagała, obiecywała wszystko co miała, czyli nic znaczącego, nic przydatnego kapryśnemu Losowi. Usłuchał, jednak łaskawie i spełnił prośbę.
Odebrał młodej kobiecie emocje i uczucia zamykając je w kryształowej kuli. Odtąd jej serce było martwe. Pompowało tylko krew.
- To może być ciekawa historia. O tym jeszcze nie pisałem - Los podrapał się po głowie żółtym ołówkiem z różową gumką usiłując sobie przypomnieć, czy opisywał już taki przypadek - o ile pamięć mnie nie zawodzi...tego jeszcze nie było! - Krzyknął uradowany.
Obrócił ołówkiem i zaczął zawzięcie skrobać nim po stronicach księgi chichocząc co jakiś czas pod nosem.
Iza pierwszy raz spotkała Doriana na jednej ze studenckich imprez. Był wysokim niebieskookim blondynem o twardych bicepsach. Odbiegał zatem znacznie od gustu Izabelli, która preferowała wiotkich brunetów o oliwkowej karnacji typowej dla mieszkańców Półwyspu Bałkańskiego.
Nowo poznany chłopak wydawał się nazbyt narcystyczny i zadufany w sobie. Często ironizował i był uszczypliwy, więc dziewczyna nie mogła do końca odprężyć się w jego towarzystwie. Nigdy nie wiedziała czy słowa, które zaraz padną z jego ust będą miłe czy może nieprzyjemne.
Czuła się atakowana zatem dzielnie parowała ciosy i starała się zastosować skuteczną ofensywę. On natomiast zdawał się bawić tą całą sytuacją, co wprawiało ją w głęboką irytację.
- Bawią mnie takie małe kąsające dziewczynki – śmiał się, gdy usiłowała wbić słowną szpilkę.
Nie wiedziała czemu w ogóle z nim rozmawia, choć trzeba przyznać, że mimo wszystko lubiła prowadzić z nim dyskusje.
A na dodatek był cynikiem. Ci zaś byli niezmiernie pociągający.
Im więcej czasu spędzała z młodym mężczyzną tym bardziej się do niego przekonywała. Zauważyła, że mają mnóstwo wspólnego. Podobne postrzeganie świata, podejście do różnych spraw, opinie na dane tematy.
Dzięki temu było jej łatwiej. Wiedziała przynajmniej, że nie jest osamotniona w swoich poglądach i odczuciach.
I śmiała się znacznie częściej niż przy innych chłopcach. Mimo sporadycznych spotkań ich relacje nabrały na intensywności i przerodziły się w przyjaźń. Wydawałoby się, że stabilną jak stuletni dąb.
Figlarski Los znudził się wkrótce tym przyjacielskim obrazkiem i nasłał huragan na jedyną ostoję spokoju pośród piaszczystych zasp smutku, komplikacji i niezrozumienia.
Niewinne dotychczas relacje uległy zmianie. Żadne z nich nie zorientowało się, że wiatr zmienił kierunek. Pewnej wyjątkowo mroźnej zimowej nocy podczas narciarskiego wypadu do Siegsdorf otuleni kocem, pijąc czerwone półwytrawne wino przy wesoło pląsających płomieniach w kominku Iza oparła głowę na ramieniu Doriana. Jego ręka gładziła ramię dziewczyny, po czym powędrowała wyżej do jej długich czarnych włosów pieszcząc je delikatnie. Serca zaczęły bić szybciej, oddechy stały się krótsze i częstsze. Dłoń kobiety znalazła wolną dłoń mężczyzny. Ich palce splotły się razem...
Po tym incydencie nie czuli się swobodnie, jak niegdyś, w swoim towarzystwie. Ich stosunki uległy ochłodzeniu a spotkania ograniczyli do minimum.
- Dorian nie żyje – wspólny znajomy byłych przyjaciół zadzwonił do Izy.
Milczała.
Dorian...
Dorian...Co?
- Powiesił się – kontynuował chłopak. - Jesteś tam?
- Jestem... tylko... – dukała zdezorientowana – dlaczego?
- Nie wiem. Chcesz pogadać?
- Nie... Ja...
Sygnał zakończonego połączenia rozległ się w słuchawce dostarczyciela tragicznej wiadomości.
Izabella stała nieruchomo wpatrując się w przestrzeń. Powoli docierało do niej co się stało. Zapomniała oddychać. Gdy się ocknęła wzięła głęboki haust powietrza a jej oczy powoli wypełniały się łzami. Upadła na ziemię jak bezwładna kukła ze szklistym spojrzeniem.
Wyglądała dokładnie jak porcelanowa lalka. Blada cera, okrągłe szmaragdowe oczy, lśniące długie i proste czarne włosy z równo podciętą grzywką. Niczym porcelanowa lalka z wystawy sklepu z lalkami z XIX wieku. Tylko na policzkach zabrakło rumieńców.
Skurcz rozpaczy targnął jej ciałem. Zwinęła się w kłębek kolanami dotykając brody.
- To sen, to sen – powtarzała sobie próbując uwierzyć swoim słowom – chcę się obudzić!
Naprzemiennie odgłosy łkania, krzyków, jęków to chwile rozdzierającej ciszy wypełniały mieszkanie dziewczyny.
- Szybko ci bije serce.
- Nie zauważyłem.
- Tak jak dzieciom. Ich serca biją szybciej niż dorosłych. Nigdy nie słyszałeś bicia swojego serca?
- Słyszałem. Nie słyszałem po prostu innych.
Któregoś wypełnionego bólem i żalem wieczora Izabella błagała, aby ktoś ją uratował. Żeby nic już nie czuła. Żeby przestała w końcu cierpieć.
Los wysłuchał jej próśb.
Nagle żałość ustała, rozpacz odeszła. Nie czuła nic. Zupełnie nic, oprócz głodu.
Podniosła się z podłogi i rozejrzała po brudnym, zaniedbanym pokoju.
- To niedorzeczne żeby doprowadzić się do takiego stanu – mruknęła poirytowana kierując się w stronę lodówki. - Ale jestem głodna!
Trzy lata to dużo czasu. Można je spędzić na różne sposoby. Te trzy lata wypełnione były pustką.
Izabella wysypała tabletki nasenne na biurko przy którym siedziała.
Ktoś kto nie ma uczuć nie czuje i strachu.
Usta dziewczyny rozciągnęły się w wymuszonym grymasie uśmiechu. Pamiętała jeszcze jak to się robi. Głos jaki wydobył się z jej gardła nie przypominał śmiechu. Był raczej nieudaną, z góry skazaną na porażkę, próbą wydania ów radosnego dźwięku.
- Ile tabletek pomoże mi zasnąć snem wiecznym? - Zaśpiewała układając pigułki w rzędzie.
Wstała z krzesła i przeszła się po swoim gabinecie. Podeszła do okna. Próbowała zachwycić się widokiem za zewnątrz, jednak nie zauważyła w nim nic nadzwyczajnego.
Ruszyła dalej. Zatrzymała się przy barku, z którego wyciągnęła swoje ulubione Porto i z butelką wróciła na miejsce. Napełniła szklaneczkę ciemnoczerwonym płynem.
Jedna tabletka, jeden łyk.
Ile dane jej będzie rozkoszować się tym znakomitym trunkiem?
Zamrugała oczami. Spróbowała uronić łzę. Choć jedną ostatnią łzę. Bezskutecznie.
Dudnienie w piersi stało się szybsze i mocniejsze jakby serce próbowało wyrwać się na wolność.
- Szybko ci bije serce.
Tabletka, łyk.
- Nie zauważyłem.
Tabletka, łyk.
- Tak jak dzieciom. Ich serca biją szybciej niż dorosłych. Nigdy nie słyszałeś bicia swojego serca?
Garść tabletek.
- Słyszałem...
Pusta szklanka upadła na podłogę.
- Nie słyszałem po prostu innych.
Dudnienie ustało.
To już trzeci rok odkąd nie płakała.
Precyzyjniej rzecz ujmując tysiąc dziewięćdziesiąty pierwszy dzień chylił się ku końcowi.
Nie pamiętała już smaku łez. Tego rozrywającego pierś uczucia rozpaczy. Odkąd zgodziła się oddać wszystko za zabranie emocji nie czuła praktycznie nic.
Odczuwała satysfakcję lub rozczarowanie, jednak niebyły one silne. Obecne tylko w życiu zawodowym. Stanowiły swoistego rodzaju nitro, bo gdyby ich nie było nie miałaby przecież motywacji.
Wyzbycie się uczuć miało ogromny wpływ na jej karierę. Nie miała skrupułów i, co najważniejsze, nie traciła cennego czasu na błahe przyjemności takie jak bezcelowe i długie spotkania z chłopcami. Utrzymywała z nimi relację tylko w dwóch celach: biznesowym i seksualnym. Pierwsze ceniła sobie bardzo, drugimi zaś gardziła ogromnie.
Popęd trzeba jednak zaspokajać niezależnie od tego jaki on jest.
Cały wolny czas poświęciła na naukę i rozwój, co opłaciło jej się ogromnie.
Miała 28 lat, zamknięty przewód doktorski i pracę jako młodszy specjalista w rządowym zakładzie fizyki nuklearnej objętym najwyższym stopniem tajności.
Trzy lata temu jej kariera nie zapowiadała się tak owocnie. Ale wtedy była zupełnie inną osobą. Bardzo emocjonalną. Często się zakochiwała i tak samo często odkochiwała. Targały nią skrajne uczucia zdecydowanie częściej niż jej rówieśników. Albo radość, albo cierpienie.
A wszystko to dotykało ją intensywniej od innych ludzi. Każda łza rozpaczy była brzytwą, łza radości zaś - opatrunkiem. Naprzemiennie to okaleczała się to leczyła.
Izabella patrzyła sercem. To ono zwykle dominowało nad mózgiem.
- Lepiej kochać i cierpieć, niż nigdy nie zaznać miłości - lubiła mawiać.
Kolejny mężczyzna którego pokochała miłością intensywną, jednak nieszczęśliwą nigdy do końca do niej nie należał.
Ich ścieżki nie miały prawa się połączyć, mimo iż on odwzajemniał jej uczucie. A może to była zwykła fascynacja? Pospolity pociąg do zakazanego owocu?
O tym się nigdy nie mieli przekonać. Los pisze swoją księgę wydarzeń nie bacząc na to, czy dobrze się ją czyta. Ma być efektowna i skomplikowana.
Ludzie są bowiem tylko zabawkami w jego rękach. Wytworami jego wyobraźni. Zranić zatem ich nie można skoro nie istnieją.
Los litował się, jednak czasem nad bohaterami swojej powieści.
Ulitował się również nad dziewczyną opłakującą tragiczną śmierć swego ukochanego.
Tak długo błagała, obiecywała wszystko co miała, czyli nic znaczącego, nic przydatnego kapryśnemu Losowi. Usłuchał, jednak łaskawie i spełnił prośbę.
Odebrał młodej kobiecie emocje i uczucia zamykając je w kryształowej kuli. Odtąd jej serce było martwe. Pompowało tylko krew.
- To może być ciekawa historia. O tym jeszcze nie pisałem - Los podrapał się po głowie żółtym ołówkiem z różową gumką usiłując sobie przypomnieć, czy opisywał już taki przypadek - o ile pamięć mnie nie zawodzi...tego jeszcze nie było! - Krzyknął uradowany.
Obrócił ołówkiem i zaczął zawzięcie skrobać nim po stronicach księgi chichocząc co jakiś czas pod nosem.
Iza pierwszy raz spotkała Doriana na jednej ze studenckich imprez. Był wysokim niebieskookim blondynem o twardych bicepsach. Odbiegał zatem znacznie od gustu Izabelli, która preferowała wiotkich brunetów o oliwkowej karnacji typowej dla mieszkańców Półwyspu Bałkańskiego.
Nowo poznany chłopak wydawał się nazbyt narcystyczny i zadufany w sobie. Często ironizował i był uszczypliwy, więc dziewczyna nie mogła do końca odprężyć się w jego towarzystwie. Nigdy nie wiedziała czy słowa, które zaraz padną z jego ust będą miłe czy może nieprzyjemne.
Czuła się atakowana zatem dzielnie parowała ciosy i starała się zastosować skuteczną ofensywę. On natomiast zdawał się bawić tą całą sytuacją, co wprawiało ją w głęboką irytację.
- Bawią mnie takie małe kąsające dziewczynki – śmiał się, gdy usiłowała wbić słowną szpilkę.
Nie wiedziała czemu w ogóle z nim rozmawia, choć trzeba przyznać, że mimo wszystko lubiła prowadzić z nim dyskusje.
A na dodatek był cynikiem. Ci zaś byli niezmiernie pociągający.
Im więcej czasu spędzała z młodym mężczyzną tym bardziej się do niego przekonywała. Zauważyła, że mają mnóstwo wspólnego. Podobne postrzeganie świata, podejście do różnych spraw, opinie na dane tematy.
Dzięki temu było jej łatwiej. Wiedziała przynajmniej, że nie jest osamotniona w swoich poglądach i odczuciach.
I śmiała się znacznie częściej niż przy innych chłopcach. Mimo sporadycznych spotkań ich relacje nabrały na intensywności i przerodziły się w przyjaźń. Wydawałoby się, że stabilną jak stuletni dąb.
Figlarski Los znudził się wkrótce tym przyjacielskim obrazkiem i nasłał huragan na jedyną ostoję spokoju pośród piaszczystych zasp smutku, komplikacji i niezrozumienia.
Niewinne dotychczas relacje uległy zmianie. Żadne z nich nie zorientowało się, że wiatr zmienił kierunek. Pewnej wyjątkowo mroźnej zimowej nocy podczas narciarskiego wypadu do Siegsdorf otuleni kocem, pijąc czerwone półwytrawne wino przy wesoło pląsających płomieniach w kominku Iza oparła głowę na ramieniu Doriana. Jego ręka gładziła ramię dziewczyny, po czym powędrowała wyżej do jej długich czarnych włosów pieszcząc je delikatnie. Serca zaczęły bić szybciej, oddechy stały się krótsze i częstsze. Dłoń kobiety znalazła wolną dłoń mężczyzny. Ich palce splotły się razem...
Po tym incydencie nie czuli się swobodnie, jak niegdyś, w swoim towarzystwie. Ich stosunki uległy ochłodzeniu a spotkania ograniczyli do minimum.
- Dorian nie żyje – wspólny znajomy byłych przyjaciół zadzwonił do Izy.
Milczała.
Dorian...
Dorian...Co?
- Powiesił się – kontynuował chłopak. - Jesteś tam?
- Jestem... tylko... – dukała zdezorientowana – dlaczego?
- Nie wiem. Chcesz pogadać?
- Nie... Ja...
Sygnał zakończonego połączenia rozległ się w słuchawce dostarczyciela tragicznej wiadomości.
Izabella stała nieruchomo wpatrując się w przestrzeń. Powoli docierało do niej co się stało. Zapomniała oddychać. Gdy się ocknęła wzięła głęboki haust powietrza a jej oczy powoli wypełniały się łzami. Upadła na ziemię jak bezwładna kukła ze szklistym spojrzeniem.
Wyglądała dokładnie jak porcelanowa lalka. Blada cera, okrągłe szmaragdowe oczy, lśniące długie i proste czarne włosy z równo podciętą grzywką. Niczym porcelanowa lalka z wystawy sklepu z lalkami z XIX wieku. Tylko na policzkach zabrakło rumieńców.
Skurcz rozpaczy targnął jej ciałem. Zwinęła się w kłębek kolanami dotykając brody.
- To sen, to sen – powtarzała sobie próbując uwierzyć swoim słowom – chcę się obudzić!
Naprzemiennie odgłosy łkania, krzyków, jęków to chwile rozdzierającej ciszy wypełniały mieszkanie dziewczyny.
- Szybko ci bije serce.
- Nie zauważyłem.
- Tak jak dzieciom. Ich serca biją szybciej niż dorosłych. Nigdy nie słyszałeś bicia swojego serca?
- Słyszałem. Nie słyszałem po prostu innych.
Któregoś wypełnionego bólem i żalem wieczora Izabella błagała, aby ktoś ją uratował. Żeby nic już nie czuła. Żeby przestała w końcu cierpieć.
Los wysłuchał jej próśb.
Nagle żałość ustała, rozpacz odeszła. Nie czuła nic. Zupełnie nic, oprócz głodu.
Podniosła się z podłogi i rozejrzała po brudnym, zaniedbanym pokoju.
- To niedorzeczne żeby doprowadzić się do takiego stanu – mruknęła poirytowana kierując się w stronę lodówki. - Ale jestem głodna!
Trzy lata to dużo czasu. Można je spędzić na różne sposoby. Te trzy lata wypełnione były pustką.
Izabella wysypała tabletki nasenne na biurko przy którym siedziała.
Ktoś kto nie ma uczuć nie czuje i strachu.
Usta dziewczyny rozciągnęły się w wymuszonym grymasie uśmiechu. Pamiętała jeszcze jak to się robi. Głos jaki wydobył się z jej gardła nie przypominał śmiechu. Był raczej nieudaną, z góry skazaną na porażkę, próbą wydania ów radosnego dźwięku.
- Ile tabletek pomoże mi zasnąć snem wiecznym? - Zaśpiewała układając pigułki w rzędzie.
Wstała z krzesła i przeszła się po swoim gabinecie. Podeszła do okna. Próbowała zachwycić się widokiem za zewnątrz, jednak nie zauważyła w nim nic nadzwyczajnego.
Ruszyła dalej. Zatrzymała się przy barku, z którego wyciągnęła swoje ulubione Porto i z butelką wróciła na miejsce. Napełniła szklaneczkę ciemnoczerwonym płynem.
Jedna tabletka, jeden łyk.
Ile dane jej będzie rozkoszować się tym znakomitym trunkiem?
Zamrugała oczami. Spróbowała uronić łzę. Choć jedną ostatnią łzę. Bezskutecznie.
Dudnienie w piersi stało się szybsze i mocniejsze jakby serce próbowało wyrwać się na wolność.
- Szybko ci bije serce.
Tabletka, łyk.
- Nie zauważyłem.
Tabletka, łyk.
- Tak jak dzieciom. Ich serca biją szybciej niż dorosłych. Nigdy nie słyszałeś bicia swojego serca?
Garść tabletek.
- Słyszałem...
Pusta szklanka upadła na podłogę.
- Nie słyszałem po prostu innych.
Dudnienie ustało.
wtorek, 2 sierpnia 2011
Marionetki z Obnośnego Teatru Lalek
AD
- Ładnie wygląda Klara. Nic nie widać. Naprawdę. Dobrze, że ją naprawiłeś. - Drżącym głosem powiedziała Marlena.
Stała w drzwiach z wzrokiem wbitym w stopy. Michaił odwrócony był do niej plecami. Nie miał zamiaru patrzeć jej w twarz. Nie po tym co zrobiła. Kochał ją, jednak czasem zachowywała się jak mała dziewczynka. W rękach trzymał marionetkę delikatnie pieszcząc ją palcami.
- A co innego mogłem zrobić? - Jego głos był zimny i oschły. - Skrzywdziłaś ją.
- Och Misza ... nie skrzywdziłam. Nie mogłam. To tylko lalka!
- Nie obchodzi mnie co o tym sądzisz! - Krzyknął, lecz po chwili opanował emocje. - Mówiłem Ci, że one żyją. Może twoja uważa, że nie jesteś godna, albo najzwyczajniej w świecie cię nie lubi. Jak teraz na to wszystko patrzę to uważam, że to dobry pomysł. Też udawałbym, że nie żyję gdyby to wystarczyło żebyś się ode mnie odczepiła.
Wiedział, że te słowa ranią. Wiedział, że ból nie zniknie jeszcze długo z delikatnego serca Marleny. W tym momencie nie dbał o to. Prawdę mówiąc czerpał ogromną przyjemność i satysfakcję z ranienia ukochanej. Klara też ma przecież uczucia.
- Misza... Przepraszam. - Dziewczyna podniosła głowę i wbiła spojrzenie w plecy chłopaka. Pragnęła, aby się odwrócił i na nią spojrzał. Byli przyjaciółmi i wierzyła, że widok jej łez złagodzi postawę chłopaka. Zamrugała powiekami, by pobudzić kanaliki łzowe. Na wszelki wypadek, gdyby postanowił uraczyć ją swym spojrzeniem.
- Przeproś Klarę, choć nie wiem czy zechce słuchać twoich słów.
Nastała cisza. Michaił czuł palący wzrok Marleny na plecach, jednak nie miał zamiaru ulegać.
- Zatem idź już. Za chwilę masz wejście. Przygotuj lepiej Mirabelę.
Marlena stała jeszcze kilka ułamków sekundy po czym odwróciła się na pięcie i bez słowa, z uniesioną wysoko głową opuściła izbę.
Gdy odgłos jej obcasów ucichł Misza posadził czule Klarę na łóżku.
- Ona kiedyś uwierzy. Trzeba dać jej czas...
- Co ona w sobie takiego ma? Ile szans będziesz jej jeszcze dawać? Ile będziesz czekać aż zobaczy, że ja kochasz? Ile aż cię pokocha?
- Aż to się stanie. Tak długo jak będę musiał, droga Klaro. - zasępił się. - Dlaczego ona was nie słyszy?
- Bo nie chce. I nie zmienisz tego, mój panie. Jej serce jest zatrute. Ona nie patrzy duszą.
Marlena rozczesywała nitkowe włosy swojej marionetki zastanawiając się nad słowami Miszy.
Czy mówił prawdę? Chciał się pozbyć jej ze swojego życia?
- Nie, na pewno nie. - Wyszeptała do siebie kręcąc w zamyśleniu głową.
Wypowiedział te słowa w gniewie pałając żądzą krwi.
Wiedziała, że ją kocha. Uczucie jakie do niej żywił ułatwiało jej wiele spraw. Lubiła go, ale bez przesady. Miała dopiero 17 lat i nie chciała się wiązać z żadnym mężczyzną. Misza był starszy o cztery lata i w jego wypadku chęć znalezienia małżonki była całkiem zrozumiała. Tendencja do wczesnych ślubów panowała wśród mieszkańców Obnośnego Teatru Lalek.
Marlena była w odpowiednim wieku do zamążpójścia, jednak bardzo stanowczo odmawiała zalotnikom. Nie miała rodziców, więc nikt nie mógł jej tego nakazać. Jedynie dyrektor teatru, lecz on uwielbiał jej młode ciało a kierująca się sprytem dziewczyna oznajmiła, iż straci je jeśli ona stanie się własnością mężczyzny.
Nie chciała grzecznie wykonywać nakazów męża w dzień oraz niezmiennie zadowalać go nocą.
Gdyby oddała rękę któremuś z tutejszych mężczyzn nie czerpałaby takiej przyjemności z seksu, ponieważ oni przestaliby się już starać.
Podniosła swoją lalkę na wysokość wzroku. Marlena poczęła intensywnie wpatrywać się w zielone oczy Mirabeli. Wydawały się tak samo martwe jak wcześniej. Jak zwykle.
- Och, Mirabelko. Jakżebym chciała mieć w tobie troszkę większe oparcie. Widzę w tobie przyjaciółkę, to jasne, jednak tak bardzo chciałabym byś mogła mówić. Dziewczyna czasem potrzebuje opinii innej dziewczyny. - Pogładziła adresatkę tych słów po świeżo rozczesanych włosach. - Och, Mirabelko... Jak pięknie by było gdyby Miszka miał rację. Mogłabym mieć wtedy taką namiastkę mamy lub siostry, której zawsze pragnęłam.
Marlena uważała, że dziewczyny nie są zdolne do przyjaźni. Nie było to prawdą oczywiście. Dziewczyny, które zamieszkiwały Obnośny Teatr Lalek nie były zdolne do przyjaźnie z nią, gdyż zwyczajnie jej nie lubiły. Budziła w nich też dziwne, niechciane emocje takie jak lęk i pożądanie. Była inna niż one. Nie chciała służyć mężczyzną i, o zgrozo, uważała, iż stosunek płciowy powinien przysparzać rozkoszy obu stronom. Dawać przyjemność i satysfakcję, inną niż wypełnienie obowiązku, kobiecie. Dla tamtejszych kobiet była to herezja. Jedynymi osobami mającymi odczuwać rozkosz z pożycia seksualnego są mężczyźni. Rolą kobiet jest im służyć i być wdzięcznym za opiekę, łaskawe przyjęcie w swe silne ramiona.
Drzwi do garderoby otworzyły się z impetem. Do izby wpadł zarządca teatru, Jarzy Satnori.
- Marlena, na scenę.
Dziewczyna posłusznie wstała i ruszyła w stronę drzwi.
- A później przyjdziesz do mnie. Musimy omówić kilka spraw.
- A jakich, jeśli można wiedzieć?
- Lalkarze się skarżą. Co w ciebie wstąpiło?
- Oj szefie, szefie. Skąd ten pomysł? Może to w nich coś wstąpiło? - Odparła z drwiącym uśmiechem na ustach opuszczając pokój.
- Zniszczyłam trzy lalki, bo ci lalkarze zupełnie powariowali! Twierdzą, że one żyją. - Tłumaczyła poirytowana.
- To nie powód żeby niszczyć marionetki, Marlenko. Nie można tak robić. - powiedział zrezygnowany zarządca. Wziął głęboki oddech po czym wyprostował się i rzekł przybierając ton za pomocą którego udziela się reprymendy. - Jeśli jeszcze raz się to powtórzy to będę zmuszony ...
- Ukarać mnie? - Dziewczyna podniosła się z krzesła i powoli podeszła do biurka za którym zasiadał mężczyzna. Oparła dłonie o blat i zbliżyła twarz do jego twarzy. - Zaczynaj, szefie. - Westchnęła głęboko, z nieukrywaną ironią. - Zniosę każdą, nawet największą, karę.
Wspięła się na mebel, usadawiając się tak, że jego korpus znalazł się między jej udami.
Zarządca odsunął się na krześle, wstał i obszedł biurko. Stanął za plecami dziewczyny, złapał ją za ramiona i uniósł lekko w górę, by po chwili postawić na ziemi.
- Teraz wyjdź, proszę. - Powiedział cicho, lecz stanowczo dłonią wskazując w kierunku drzwi.
Gdy został sam w gabinecie opadł na sofę znajdującą się pod ścianą. Miał zamknięte oczy i rzęsy lekko wilgotne od łez.
Nie mógł patrzeć na to, co Marlena wyprawia. Nie miał jednak nad nią żadnej władzy. Po śmierci matki dziewczyna została zupełnie sama. To było dwa lata temu. Miała wtedy skończone 15 lat, co według zasad panujących w Teatrze oznaczało, iż jest już zdolna do pracy i potrafi o siebie zadbać.
Nieformalnie czuwał nad nią zarządca, który był długoletnim znajomym jej matki – Hanny. To dlatego na większość wybryków osamotnionej nastolatki przymykano oko.
Hanna była piękną kobietą. Gwiazdą Obnośnego Teatru Lalek, najlepszą w całym okręgu, którą praktycznie wszyscy darzyli ciepłymi uczuciami.
Wraz z marionetką Martą stanowiły gwóźdź programu. Dzięki ich występom teatr cieszył się ogromną popularnością, także po śmierci aktorki.
Były niezastąpione. Ludzie twierdzili, że marionetka ożywa w sprawnych palcach Hanny.
Nikt nie znał tożsamości mężczyzny, który zapłodnił aktorkę. Nie znała jej nawet najbardziej zainteresowana. Albo znać nie chciała. Kobieta byłą bardzo otwarta, bezpruderyjna i, jak na prawdziwą gwiazdę przystało, lubowała się w wysokoprocentowych trunkach. Często uczestniczyła w dancingach i nie pamiętała znacznej części ich przebiegu.
Kochała córkę prawie tak mocno jak swoją Martę. Dziewczynka jednak zdawała sobie sprawę z tego, że jest na drugim miejscu. Wiedza ta była nawozem dla kiełkującej w jej młodym sercu nienawiści do teatralnych lalek.
Trudno się dziwić zważywszy na fakt, iż to one były przyczyną śmierci mamy.
Hannę znaleziono pewnego dnia w swojej garderobie bez żadnych oznak życia. Bezwładne ciało, któremu brutalnie skradziono dech otulone było jedwabnym szlafrokiem w kolorze fuksji. Wokół szyi denatki okręciły się żyłki od jej ukochanej marionetki. Marta wtulona w pierś kobiety zdawała się uśmiechać.
Tragiczna śmierć Hanny wstrząsnęła dotychczas grzeczną Marleną. Chciała odejść z teatru, jednak wiedziała, że nie poradzi sobie w normalnym świecie.
Dotychczas odmawiała udziału w sztukach, ale teraz, kiedy zabrakło jej matki, dziewczynka zmuszona była występować. Miała talent, którym całą sobą gardziła.
- Musi ponieść karę, Miszka. - Oznajmiła Klara.
- Musi ponieść karę, Marlo. - Wtórowała Anabel.
- Musi ponieść karę, Filipie. - Zaśpiewała Natalka.
- Ta dziewczyna nie może krzywdzić bezkarnie lalek. Ujdzie jej to znów na sucho, bo każdemu daje dupy? - Zaskrzeczała Klara po czym zamilkła.
Spojrzała w kąt izby, gdzie na wielkiej starej skrzyni siedziała, jak na królewskim tronie, zadbana marionetka o porcelanowej twarzyczce, różowych policzkach, długich rudych lokach i wielkich brązowych oczach. Była najpiękniejszą z nich wszystkich i zdecydowanie najdokładniej wykonaną. Żaden szczegół nie został pominięty. Zdawała się drwiąco uśmiechać drobnymi czerwonymi ustkami. Miała nawet urocze dołeczki.
Po tragicznej śmierci jej właścicielki aktorzy przestali bezgranicznie im zawierzać. Podświadomie odczuwali paniczny i nieopisany lęk podczas samotnych chwil sam na sam z którąś z teatralnych lalek. Marcie taki stan rzeczy nie odpowiadał zupełnie. Potrzebowała ludzi, aby móc odzyskać dawno utraconą pełnie sił i moc.
Precyzyjniej rzecz ujmując najbardziej pożądana była kobieca krew. Ich posoka dodawała więcej witalności niż ta męska, ponieważ były one z natury silniejsze. A najlepiej gdy właścicielkami były nowoczesne, pewne siebie, pełne energii kobiety.
Mieszkańcy teatru unikali dłuższego kontaktu z marionetkami, ograniczając się tylko do obowiązkowych udziałów w przedstawieniach.
Z tymi młodymi lalkarzami było jednak inaczej. Poczęli oni pracować dopiero rok po przykrym incydencie w garderobie ówczesnej gwiazdy. Znali historię, lecz nie byli bezpośrednimi świadkami owego wydarzenia. Nie byli emocjonalnie związani.
Nikt im również nie powiedział o dziwnym wypadku jaki spotkał starego lalkarza i jego żonę, krawcową. Uznano to za przypadkowy zbieg okoliczności i nie chciano straszyć jedynych chętnych na te stanowiska.
Otóż żadnego przypadku nie było. Przypadki nie istnieją.
Pół roku po tym jak Hanna pożegnała się ze światem żywych lalkarz i krawcowa również zasilili szeregi zmarłych. Trzy zgony w przeciągu sześciu miesięcy można odebrać jako działania strasznego losu. Siły wyższej, nadprzyrodzonej. Otóż właśnie - nadprzyrodzonej.
Małżeństwo znaleziono w warsztacie. Ich ciała były zimne jak lód i twarde jak kamień. Widać, że życie uszło z nich bezpowrotnie.
Stary mężczyzna umarł na zawał serca. Takie rzeczy zdarzają się w podeszłym wieku. Krawcowa udusiła się. Przypuszczano, iż zobaczyła, że jej mąż źle się czuje i rzuciła mu się do pomocy. Niefortunnie zaplątała się w żyłki służące do sterowania marionetkami. Nie miała wystarczająco siły, aby się uwolnić. Może upadając uderzyła się w głowę i zemdlała? W każdym razie dopływ powietrza został odcięty i kobieta zmarła.
W rzeczywistości sytuacja była odwrotna. Serce biednego staruszka nie wytrzymało okropnego widoku, jaki z pewnością musiała stanowić sina na twarzy krawcowa szamocząca się z lalkami po izbie.
Chłopcy kochali swoją pracę. Kochali „małe aktoreczki”, jak zwykli o nich mawiać.
Mieli też mały sekret, który lalki postanowiły wykorzystać.
Cała trójka kochała też jeszcze kogoś.
Żaden nie zdawał sobie sprawy z tajemnicy pozostałych.
Marionetki początkowo cierpliwie słuchały zwierzeń, a gdy uznały to za stosowne, ujawniły się. Lalkarze zlękli się, jednak po pewnym czasie oswoili się z sytuacją i prowadzili długie rozmowy z nowymi przyjaciółkami w zaciszu swoich małych izdebek.
Informacje jakie pozyskały okazały się przydatne. Była dziewczynka, bardzo silna i kochana. Nie tak mocno jak jej matka, ale wystarczająco.
- Musi ponieść karę, Miszka.
- Musi ponieść karę, Marlo.
- Musi ponieść karę, Filipie.
- Z kim Misza rozmawia? - Pytała w myślach Marlena.
Przycisnęła mocniej ucho do drzwi. Szept był niewyraźny i złowieszczy. Po plecach dziewczyny przeszły zimne ciarki. Później nic już nie słyszała. Do czasu aż ciszy nie rozdarł przeraźliwy krzyk. Niewiele myśląc chwyciła oświetlająca korytarz pochodnię i wpadła do izby. Wolną ręką zatkała ucho a drugie przycisnęła do ramienia.
Piskliwy krzyk był niesłychanie głośny i przerażający. Wydawało się, że zaraz pękną jej bębenki a później eksploduje głowa zostawiając strzępy mózgu, skóry, osocza i krwi na lichych dębowych ścianach.
Na podłodze w widocznym i nieopisanym cierpieniu wiły się trzy postacie. Kolana nastolatki ugięły się i dołączyła do swoich kolegów. Dzielnie ściskając pochodnię usiłowała schować głowę między łydki.
Nastała cisza. Tak nagła, iż dopiero po kilku długich sekundach dziewczyna zorientowała się, że może wstać. Uniosła się powoli i rozejrzała się po pokoju. Oprócz niej i lalkarzy w pokoju były tylko cztery lalki.
- Witaj, maleńka. - Dobiegł ją głos.
Po chwili znalazła jego źródło w odległym kącie pomieszczenia.
Twarz Marleny wykrzywiła z obrzydzenia.
- Długośmy się nie widziały. Unikałaś mnie? - wychrypiała Marta. - Na nich! - Wykrzyknęła po chwili.
Sznury łączące drewniane krzyże do sterowania z marionetkami wystrzeliły w stronę zwiniętych nieruchomych ciał młodzieńców. Marlena dopadła ich pierwsza.
Miszka..., chłopaki... Wstawajcie. - Wysapała. Prośba pozostała jednak bez odzewu.
Chwyciła bezwładną rękę Michaiła i poczęła ciągnąć do w stronę wyjścia. Działanie to nie przyniosło oczekiwanego rezultatu. Ciało lalkarza nie drgnęło ani o milimetr.
Srebrna żyłka przecięła powietrze głęboko raniąc dziewczynę w policzek. Kropla krwi upadła na podłogę. Marionetki zastygły po czym ruszyły do ataku ze zdwojoną siłą.
Marlena uskoczyła przed kolejnym ciosem. Jednym długim susem przemierzyła pokój zatrzymując się przy słomianych zasłonkach na okna i podpalając je uparcie trzymaną pochodnią.
Następnie podbiegła do szaf w których trzymane były scenariusze do przedstawień. Wyrzuciła je wszystkie do swych stóp i upuściła na stos kartek pochodnie.
Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie a lalki krzyczały. Nie umiały przecież chodzić. Nie mogły uciec.
Jeszcze kilka zwinnych skoków i dziewczyna znalazła się za drzwiami ścigana przez rozpaczliwie wypuszczane mordercze żyłki marionetek.
Zamykając drzwi ostatni raz spojrzała na swojego martwego przyjaciela, którego lizały ogniowe języki.
Trzasnęła drzwiami i rzuciła się przez korytarz ku podwórzu.
- Och, przepraszam, Miszka, przepraszam... - Szeptała gorączkowo włączając dźwignię alarmu pożarowego.
- Ładnie wygląda Klara. Nic nie widać. Naprawdę. Dobrze, że ją naprawiłeś. - Drżącym głosem powiedziała Marlena.
Stała w drzwiach z wzrokiem wbitym w stopy. Michaił odwrócony był do niej plecami. Nie miał zamiaru patrzeć jej w twarz. Nie po tym co zrobiła. Kochał ją, jednak czasem zachowywała się jak mała dziewczynka. W rękach trzymał marionetkę delikatnie pieszcząc ją palcami.
- A co innego mogłem zrobić? - Jego głos był zimny i oschły. - Skrzywdziłaś ją.
- Och Misza ... nie skrzywdziłam. Nie mogłam. To tylko lalka!
- Nie obchodzi mnie co o tym sądzisz! - Krzyknął, lecz po chwili opanował emocje. - Mówiłem Ci, że one żyją. Może twoja uważa, że nie jesteś godna, albo najzwyczajniej w świecie cię nie lubi. Jak teraz na to wszystko patrzę to uważam, że to dobry pomysł. Też udawałbym, że nie żyję gdyby to wystarczyło żebyś się ode mnie odczepiła.
Wiedział, że te słowa ranią. Wiedział, że ból nie zniknie jeszcze długo z delikatnego serca Marleny. W tym momencie nie dbał o to. Prawdę mówiąc czerpał ogromną przyjemność i satysfakcję z ranienia ukochanej. Klara też ma przecież uczucia.
- Misza... Przepraszam. - Dziewczyna podniosła głowę i wbiła spojrzenie w plecy chłopaka. Pragnęła, aby się odwrócił i na nią spojrzał. Byli przyjaciółmi i wierzyła, że widok jej łez złagodzi postawę chłopaka. Zamrugała powiekami, by pobudzić kanaliki łzowe. Na wszelki wypadek, gdyby postanowił uraczyć ją swym spojrzeniem.
- Przeproś Klarę, choć nie wiem czy zechce słuchać twoich słów.
Nastała cisza. Michaił czuł palący wzrok Marleny na plecach, jednak nie miał zamiaru ulegać.
- Zatem idź już. Za chwilę masz wejście. Przygotuj lepiej Mirabelę.
Marlena stała jeszcze kilka ułamków sekundy po czym odwróciła się na pięcie i bez słowa, z uniesioną wysoko głową opuściła izbę.
Gdy odgłos jej obcasów ucichł Misza posadził czule Klarę na łóżku.
- Ona kiedyś uwierzy. Trzeba dać jej czas...
- Co ona w sobie takiego ma? Ile szans będziesz jej jeszcze dawać? Ile będziesz czekać aż zobaczy, że ja kochasz? Ile aż cię pokocha?
- Aż to się stanie. Tak długo jak będę musiał, droga Klaro. - zasępił się. - Dlaczego ona was nie słyszy?
- Bo nie chce. I nie zmienisz tego, mój panie. Jej serce jest zatrute. Ona nie patrzy duszą.
Marlena rozczesywała nitkowe włosy swojej marionetki zastanawiając się nad słowami Miszy.
Czy mówił prawdę? Chciał się pozbyć jej ze swojego życia?
- Nie, na pewno nie. - Wyszeptała do siebie kręcąc w zamyśleniu głową.
Wypowiedział te słowa w gniewie pałając żądzą krwi.
Wiedziała, że ją kocha. Uczucie jakie do niej żywił ułatwiało jej wiele spraw. Lubiła go, ale bez przesady. Miała dopiero 17 lat i nie chciała się wiązać z żadnym mężczyzną. Misza był starszy o cztery lata i w jego wypadku chęć znalezienia małżonki była całkiem zrozumiała. Tendencja do wczesnych ślubów panowała wśród mieszkańców Obnośnego Teatru Lalek.
Marlena była w odpowiednim wieku do zamążpójścia, jednak bardzo stanowczo odmawiała zalotnikom. Nie miała rodziców, więc nikt nie mógł jej tego nakazać. Jedynie dyrektor teatru, lecz on uwielbiał jej młode ciało a kierująca się sprytem dziewczyna oznajmiła, iż straci je jeśli ona stanie się własnością mężczyzny.
Nie chciała grzecznie wykonywać nakazów męża w dzień oraz niezmiennie zadowalać go nocą.
Gdyby oddała rękę któremuś z tutejszych mężczyzn nie czerpałaby takiej przyjemności z seksu, ponieważ oni przestaliby się już starać.
Podniosła swoją lalkę na wysokość wzroku. Marlena poczęła intensywnie wpatrywać się w zielone oczy Mirabeli. Wydawały się tak samo martwe jak wcześniej. Jak zwykle.
- Och, Mirabelko. Jakżebym chciała mieć w tobie troszkę większe oparcie. Widzę w tobie przyjaciółkę, to jasne, jednak tak bardzo chciałabym byś mogła mówić. Dziewczyna czasem potrzebuje opinii innej dziewczyny. - Pogładziła adresatkę tych słów po świeżo rozczesanych włosach. - Och, Mirabelko... Jak pięknie by było gdyby Miszka miał rację. Mogłabym mieć wtedy taką namiastkę mamy lub siostry, której zawsze pragnęłam.
Marlena uważała, że dziewczyny nie są zdolne do przyjaźni. Nie było to prawdą oczywiście. Dziewczyny, które zamieszkiwały Obnośny Teatr Lalek nie były zdolne do przyjaźnie z nią, gdyż zwyczajnie jej nie lubiły. Budziła w nich też dziwne, niechciane emocje takie jak lęk i pożądanie. Była inna niż one. Nie chciała służyć mężczyzną i, o zgrozo, uważała, iż stosunek płciowy powinien przysparzać rozkoszy obu stronom. Dawać przyjemność i satysfakcję, inną niż wypełnienie obowiązku, kobiecie. Dla tamtejszych kobiet była to herezja. Jedynymi osobami mającymi odczuwać rozkosz z pożycia seksualnego są mężczyźni. Rolą kobiet jest im służyć i być wdzięcznym za opiekę, łaskawe przyjęcie w swe silne ramiona.
Drzwi do garderoby otworzyły się z impetem. Do izby wpadł zarządca teatru, Jarzy Satnori.
- Marlena, na scenę.
Dziewczyna posłusznie wstała i ruszyła w stronę drzwi.
- A później przyjdziesz do mnie. Musimy omówić kilka spraw.
- A jakich, jeśli można wiedzieć?
- Lalkarze się skarżą. Co w ciebie wstąpiło?
- Oj szefie, szefie. Skąd ten pomysł? Może to w nich coś wstąpiło? - Odparła z drwiącym uśmiechem na ustach opuszczając pokój.
- Zniszczyłam trzy lalki, bo ci lalkarze zupełnie powariowali! Twierdzą, że one żyją. - Tłumaczyła poirytowana.
- To nie powód żeby niszczyć marionetki, Marlenko. Nie można tak robić. - powiedział zrezygnowany zarządca. Wziął głęboki oddech po czym wyprostował się i rzekł przybierając ton za pomocą którego udziela się reprymendy. - Jeśli jeszcze raz się to powtórzy to będę zmuszony ...
- Ukarać mnie? - Dziewczyna podniosła się z krzesła i powoli podeszła do biurka za którym zasiadał mężczyzna. Oparła dłonie o blat i zbliżyła twarz do jego twarzy. - Zaczynaj, szefie. - Westchnęła głęboko, z nieukrywaną ironią. - Zniosę każdą, nawet największą, karę.
Wspięła się na mebel, usadawiając się tak, że jego korpus znalazł się między jej udami.
Zarządca odsunął się na krześle, wstał i obszedł biurko. Stanął za plecami dziewczyny, złapał ją za ramiona i uniósł lekko w górę, by po chwili postawić na ziemi.
- Teraz wyjdź, proszę. - Powiedział cicho, lecz stanowczo dłonią wskazując w kierunku drzwi.
Gdy został sam w gabinecie opadł na sofę znajdującą się pod ścianą. Miał zamknięte oczy i rzęsy lekko wilgotne od łez.
Nie mógł patrzeć na to, co Marlena wyprawia. Nie miał jednak nad nią żadnej władzy. Po śmierci matki dziewczyna została zupełnie sama. To było dwa lata temu. Miała wtedy skończone 15 lat, co według zasad panujących w Teatrze oznaczało, iż jest już zdolna do pracy i potrafi o siebie zadbać.
Nieformalnie czuwał nad nią zarządca, który był długoletnim znajomym jej matki – Hanny. To dlatego na większość wybryków osamotnionej nastolatki przymykano oko.
Hanna była piękną kobietą. Gwiazdą Obnośnego Teatru Lalek, najlepszą w całym okręgu, którą praktycznie wszyscy darzyli ciepłymi uczuciami.
Wraz z marionetką Martą stanowiły gwóźdź programu. Dzięki ich występom teatr cieszył się ogromną popularnością, także po śmierci aktorki.
Były niezastąpione. Ludzie twierdzili, że marionetka ożywa w sprawnych palcach Hanny.
Nikt nie znał tożsamości mężczyzny, który zapłodnił aktorkę. Nie znała jej nawet najbardziej zainteresowana. Albo znać nie chciała. Kobieta byłą bardzo otwarta, bezpruderyjna i, jak na prawdziwą gwiazdę przystało, lubowała się w wysokoprocentowych trunkach. Często uczestniczyła w dancingach i nie pamiętała znacznej części ich przebiegu.
Kochała córkę prawie tak mocno jak swoją Martę. Dziewczynka jednak zdawała sobie sprawę z tego, że jest na drugim miejscu. Wiedza ta była nawozem dla kiełkującej w jej młodym sercu nienawiści do teatralnych lalek.
Trudno się dziwić zważywszy na fakt, iż to one były przyczyną śmierci mamy.
Hannę znaleziono pewnego dnia w swojej garderobie bez żadnych oznak życia. Bezwładne ciało, któremu brutalnie skradziono dech otulone było jedwabnym szlafrokiem w kolorze fuksji. Wokół szyi denatki okręciły się żyłki od jej ukochanej marionetki. Marta wtulona w pierś kobiety zdawała się uśmiechać.
Tragiczna śmierć Hanny wstrząsnęła dotychczas grzeczną Marleną. Chciała odejść z teatru, jednak wiedziała, że nie poradzi sobie w normalnym świecie.
Dotychczas odmawiała udziału w sztukach, ale teraz, kiedy zabrakło jej matki, dziewczynka zmuszona była występować. Miała talent, którym całą sobą gardziła.
- Musi ponieść karę, Miszka. - Oznajmiła Klara.
- Musi ponieść karę, Marlo. - Wtórowała Anabel.
- Musi ponieść karę, Filipie. - Zaśpiewała Natalka.
- Ta dziewczyna nie może krzywdzić bezkarnie lalek. Ujdzie jej to znów na sucho, bo każdemu daje dupy? - Zaskrzeczała Klara po czym zamilkła.
Spojrzała w kąt izby, gdzie na wielkiej starej skrzyni siedziała, jak na królewskim tronie, zadbana marionetka o porcelanowej twarzyczce, różowych policzkach, długich rudych lokach i wielkich brązowych oczach. Była najpiękniejszą z nich wszystkich i zdecydowanie najdokładniej wykonaną. Żaden szczegół nie został pominięty. Zdawała się drwiąco uśmiechać drobnymi czerwonymi ustkami. Miała nawet urocze dołeczki.
Po tragicznej śmierci jej właścicielki aktorzy przestali bezgranicznie im zawierzać. Podświadomie odczuwali paniczny i nieopisany lęk podczas samotnych chwil sam na sam z którąś z teatralnych lalek. Marcie taki stan rzeczy nie odpowiadał zupełnie. Potrzebowała ludzi, aby móc odzyskać dawno utraconą pełnie sił i moc.
Precyzyjniej rzecz ujmując najbardziej pożądana była kobieca krew. Ich posoka dodawała więcej witalności niż ta męska, ponieważ były one z natury silniejsze. A najlepiej gdy właścicielkami były nowoczesne, pewne siebie, pełne energii kobiety.
Mieszkańcy teatru unikali dłuższego kontaktu z marionetkami, ograniczając się tylko do obowiązkowych udziałów w przedstawieniach.
Z tymi młodymi lalkarzami było jednak inaczej. Poczęli oni pracować dopiero rok po przykrym incydencie w garderobie ówczesnej gwiazdy. Znali historię, lecz nie byli bezpośrednimi świadkami owego wydarzenia. Nie byli emocjonalnie związani.
Nikt im również nie powiedział o dziwnym wypadku jaki spotkał starego lalkarza i jego żonę, krawcową. Uznano to za przypadkowy zbieg okoliczności i nie chciano straszyć jedynych chętnych na te stanowiska.
Otóż żadnego przypadku nie było. Przypadki nie istnieją.
Pół roku po tym jak Hanna pożegnała się ze światem żywych lalkarz i krawcowa również zasilili szeregi zmarłych. Trzy zgony w przeciągu sześciu miesięcy można odebrać jako działania strasznego losu. Siły wyższej, nadprzyrodzonej. Otóż właśnie - nadprzyrodzonej.
Małżeństwo znaleziono w warsztacie. Ich ciała były zimne jak lód i twarde jak kamień. Widać, że życie uszło z nich bezpowrotnie.
Stary mężczyzna umarł na zawał serca. Takie rzeczy zdarzają się w podeszłym wieku. Krawcowa udusiła się. Przypuszczano, iż zobaczyła, że jej mąż źle się czuje i rzuciła mu się do pomocy. Niefortunnie zaplątała się w żyłki służące do sterowania marionetkami. Nie miała wystarczająco siły, aby się uwolnić. Może upadając uderzyła się w głowę i zemdlała? W każdym razie dopływ powietrza został odcięty i kobieta zmarła.
W rzeczywistości sytuacja była odwrotna. Serce biednego staruszka nie wytrzymało okropnego widoku, jaki z pewnością musiała stanowić sina na twarzy krawcowa szamocząca się z lalkami po izbie.
Chłopcy kochali swoją pracę. Kochali „małe aktoreczki”, jak zwykli o nich mawiać.
Mieli też mały sekret, który lalki postanowiły wykorzystać.
Cała trójka kochała też jeszcze kogoś.
Żaden nie zdawał sobie sprawy z tajemnicy pozostałych.
Marionetki początkowo cierpliwie słuchały zwierzeń, a gdy uznały to za stosowne, ujawniły się. Lalkarze zlękli się, jednak po pewnym czasie oswoili się z sytuacją i prowadzili długie rozmowy z nowymi przyjaciółkami w zaciszu swoich małych izdebek.
Informacje jakie pozyskały okazały się przydatne. Była dziewczynka, bardzo silna i kochana. Nie tak mocno jak jej matka, ale wystarczająco.
- Musi ponieść karę, Miszka.
- Musi ponieść karę, Marlo.
- Musi ponieść karę, Filipie.
- Z kim Misza rozmawia? - Pytała w myślach Marlena.
Przycisnęła mocniej ucho do drzwi. Szept był niewyraźny i złowieszczy. Po plecach dziewczyny przeszły zimne ciarki. Później nic już nie słyszała. Do czasu aż ciszy nie rozdarł przeraźliwy krzyk. Niewiele myśląc chwyciła oświetlająca korytarz pochodnię i wpadła do izby. Wolną ręką zatkała ucho a drugie przycisnęła do ramienia.
Piskliwy krzyk był niesłychanie głośny i przerażający. Wydawało się, że zaraz pękną jej bębenki a później eksploduje głowa zostawiając strzępy mózgu, skóry, osocza i krwi na lichych dębowych ścianach.
Na podłodze w widocznym i nieopisanym cierpieniu wiły się trzy postacie. Kolana nastolatki ugięły się i dołączyła do swoich kolegów. Dzielnie ściskając pochodnię usiłowała schować głowę między łydki.
Nastała cisza. Tak nagła, iż dopiero po kilku długich sekundach dziewczyna zorientowała się, że może wstać. Uniosła się powoli i rozejrzała się po pokoju. Oprócz niej i lalkarzy w pokoju były tylko cztery lalki.
- Witaj, maleńka. - Dobiegł ją głos.
Po chwili znalazła jego źródło w odległym kącie pomieszczenia.
Twarz Marleny wykrzywiła z obrzydzenia.
- Długośmy się nie widziały. Unikałaś mnie? - wychrypiała Marta. - Na nich! - Wykrzyknęła po chwili.
Sznury łączące drewniane krzyże do sterowania z marionetkami wystrzeliły w stronę zwiniętych nieruchomych ciał młodzieńców. Marlena dopadła ich pierwsza.
Miszka..., chłopaki... Wstawajcie. - Wysapała. Prośba pozostała jednak bez odzewu.
Chwyciła bezwładną rękę Michaiła i poczęła ciągnąć do w stronę wyjścia. Działanie to nie przyniosło oczekiwanego rezultatu. Ciało lalkarza nie drgnęło ani o milimetr.
Srebrna żyłka przecięła powietrze głęboko raniąc dziewczynę w policzek. Kropla krwi upadła na podłogę. Marionetki zastygły po czym ruszyły do ataku ze zdwojoną siłą.
Marlena uskoczyła przed kolejnym ciosem. Jednym długim susem przemierzyła pokój zatrzymując się przy słomianych zasłonkach na okna i podpalając je uparcie trzymaną pochodnią.
Następnie podbiegła do szaf w których trzymane były scenariusze do przedstawień. Wyrzuciła je wszystkie do swych stóp i upuściła na stos kartek pochodnie.
Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie a lalki krzyczały. Nie umiały przecież chodzić. Nie mogły uciec.
Jeszcze kilka zwinnych skoków i dziewczyna znalazła się za drzwiami ścigana przez rozpaczliwie wypuszczane mordercze żyłki marionetek.
Zamykając drzwi ostatni raz spojrzała na swojego martwego przyjaciela, którego lizały ogniowe języki.
Trzasnęła drzwiami i rzuciła się przez korytarz ku podwórzu.
- Och, przepraszam, Miszka, przepraszam... - Szeptała gorączkowo włączając dźwignię alarmu pożarowego.
sklepik z pasującym "ja" (zapasowe maski na każdą okazję)
Maski, warstwy, zasłony
Pozornie prawdziwe oblicza
Zmienne, szyte na miarę
Kagańce uczuć
Odgradzają od świata
Przytępiają zmysły
Pozwalają żyć
Bez obnażania ran duszy
Inne o poranku i inne na wieczór
Dla znajomych
Przyjaciół
Rodziny
Dla Niego
Dla Niej
Na święta i na co dzień
Zapasowe maski na każdą okazję
Wyświechtane czasem
Czasem całkiem nowe
Otrzymane w spadku
Zamówione u szewca
Za duże, przyciasne
Kolorowe lub szare
Pasujące doskonale
Nie ujawniają ni skrawka tajemnicy
Umieramy za życia
Wyprani z emocji
Z pustką w miejscu serca
Samotni z wyboru
Łzy chowając dla siebie
Chyba, że są przydatne
Racjonalni i nieczuli
Zmieniamy tylko maski
AD
Pozornie prawdziwe oblicza
Zmienne, szyte na miarę
Kagańce uczuć
Odgradzają od świata
Przytępiają zmysły
Pozwalają żyć
Bez obnażania ran duszy
Inne o poranku i inne na wieczór
Dla znajomych
Przyjaciół
Rodziny
Dla Niego
Dla Niej
Na święta i na co dzień
Zapasowe maski na każdą okazję
Wyświechtane czasem
Czasem całkiem nowe
Otrzymane w spadku
Zamówione u szewca
Za duże, przyciasne
Kolorowe lub szare
Pasujące doskonale
Nie ujawniają ni skrawka tajemnicy
Umieramy za życia
Wyprani z emocji
Z pustką w miejscu serca
Samotni z wyboru
Łzy chowając dla siebie
Chyba, że są przydatne
Racjonalni i nieczuli
Zmieniamy tylko maski
AD
niedziela, 31 lipca 2011
zimny płomień równowagi
AD
Mrok otulił jej skuloną sylwetkę. Mimo nieprzyjemnego jesiennego chłodu postać trwała w bezruchu. Głowa otulona złotym szalem włosów oparta była na rękach. Łokcie wbijały się w kolana. Dłonie przycisnęła do oczu zakrywając tym samym większość swej twarzy.
Za sprawą światła księżyca oświetlającego jej mleczne ciało była najjaśniejszym punktem na tej spowitej ciemnością leśnej polanie. Zdawała się płonąć białym, zimnym ogniem.
Ubrana była w delikatną pudrowo-różową sukienkę. Strój dziewczyny był zdecydowanie za lekki, zbyt wiosenny jak na obecną porę roku. Nie obchodziło ją to jednak, gdy pospiesznie opuszczała mieszkanie. Teraz też wydawało się być bez znaczenia. Nie zaprzątało jej myśli. Miała mętlik w głowie. Ważniejsze problemy, będące powodem jej nagłego, nieplanowanego spaceru.
Bose stopy poranione przez szyszki, drobne patyki i kamyczki spoczywały bezwładnie na mchu. Nie chciały zakłócać rozmyślań ani skupiać na sobie uwagi swojej właścicielki, dlatego ignorowały szramy, zadrapania, przetarcia łącznie z przeszywającym bólem.
Mimo zbyt skąpego odzienia, braku bucików, rękawiczek i czapki ciało dziewczyny było zdumiewająco ciepłe. Ciepłe było zresztą zawsze. Odkąd tylko pamiętała. Taką została stworzona. A wszystko po to, aby ułatwić jej zadanie.
Wiedziała dlaczego umiejscowiono ją na Ziemi. Dano jej ludzkie ciało. Miała opiekować się ludźmi. Dbać o równowagę między złymi a dobrymi uczynkami. Równowaga musi być zachowana, bo nie nadszedł jeszcze czas na ostateczną walkę Światłości z Wieczną Nocą.
Była winna. Mówiono jej, że ludzkie emocje są bardzo silne. Przysłaniają faktyczny stan rzeczy. Zakrzywiają rzeczywistość. Należy się ich wystrzegać. Nie ulegać im, a najlepiej działać prewencyjnie nie dopuszczając do sytuacji, które mogą sprawić, iż uczucia zaczną kiełkować.
Przekonanie o własnej wyższości, sile i mocy wytworzyło chęć sprawdzenia się.
- Skoro ludzie radzą sobie z emocjami, to ja też sobie poradzę - myślała zadufana w sobie.
Musiała wyrobić normę. Ostatnio gościła radość, więc teraz nadszedł czas na trochę łez w tym teatrze lalek. Podły plan manipulacji miał ujrzeć światło dzienne. Tym razem nie użyje mocy. Stanie się osobistą przyczyną cierpienia jednej ludzkiej istoty.
Oznaczało to złamanie prawa, głoszącego trzymanie się na uboczu, nie zawierania ŻADNYCH relacji z tubylcami.
Nie myślała wtedy o tym. Teraz pragnęła kary. Marzyła o odesłaniu do Krainy Cierpienia. Może zadawany tam ból jej powłoce zewnętrznej przyniesie choć trochę ulgi w środku. W duszy. W sercu. Mimo, że wcześniej z pewnością go tam nie było, to jednak czuła nieustanne rozrywanie tego organu na strzępy.
Srebrna łza spływała niespiesznie po ciele dziewczyny.
Pragnęła, aby to były jego zimne palce otulające jej twarz, głaszczące włosy, muskające usta i obejmujące talie. Chciała słyszeć jego głos szepczący, że pięknie pachnie. Błądzić dłońmi po jego ciele.
Nie była jednak człowiekiem i nie miała prawa zaznać niczego, co ludzkie. Odpokutuje za złamanie regulaminu. Z utęsknieniem wyczekiwała nadejścia swoich zwierzchników.
Druga łza upadła na mech skrząc się w księżycowym świetle.
Nienawidziła się za to, co zrobiła oraz za to, co zrobić chciała. Zawsze miała słabość do artystycznych i dekadenckich, ale stanowczych dusz. Nie potrafiła stawiać im większego oporu. Zdawała sobie sprawę z tego, że uległaby i chłopakowi gdyby naciskał.
Uniosła głowę ku niebu i długo się w nie wpatrywała. Następnie omiotła wzrokiem polanę. Przy jej skraju wśród cieni drzew czaiły się Cienie. Strażnicy którejś z mrocznych krain. Czekały na pozwolenie, by zabrać ją tam skąd przyszły. Prawy kącik ust dziewczyny uniósł się ku górze nadając drwiący wyraz młodej twarzy.
Podniosła się z podeszłej wilgocią leśnej polany i wolno otrzepała sukienkę z resztek ściółki.
Wyprostowała się i zrobiła kilka kroków do przodu. Jej pochylona głowa zdawała się wisieć bezwładnie.
Trzecia połyskująca łza zjeżdżając po zadartym nosie zasiliła szeregi runa leśnego.
Trzy białe i piękne postacie szły z wolna w stronę Iany.
Ich posągowe twarze zdawały się nie wyrażać żadnych emocji.
To już kolejna Strażniczka Równowagi Ziemskiej łamiąca Święte Prawo. Fakt ten był martwiący. Co te istoty miały w sobie takiego, że ogłupiały i sprowadzały na drogę nieposłuszeństwa zdyscyplinowanych strażników? Może jest coś w tutejszej glebie... wodzie... powietrzu...
Zwierzchnicy zatrzymali się przed dziewczyną. Patrzyła na nich odważnie z dumnie uniesioną głową.
Czarne cieniste postacie wyszły z kryjówki. Mknęły po leśnej powłoce w kierunku czterech jasnych postaci. Ich szpony zacisnęły się wokół stóp, kostek, łydek, kolan i ud dziewczyny w pudrowo-różowym odzieniu. Szły jednak wyżej powoli acz skutecznie zakrywając jej bladą skórę. Cień wysunął pazury rozrywając brzuch i biodro dziewczyny. Strzępy sukienki wtopiły się w czarne od napastników podłoże.
- To dopiero początek - zachrypiał głos, gdy naga Iana upadła na ziemię kuląc się z bólu.
Słudzy ciemności byli w posiadaniu jej całego ciała. Nie obchodziło ją to jednak. To świadomość była najcenniejsza a jej niedostaną nigdy.
Iana zebrała resztki sił i wyrwała się Cieniom. Biegła przed siebie do najbliższego drzewa.
Chwyciła grubą gałąź i z całej siły szarpnęła w dół.
Polana pogrążyła się w mroku. Cienie były wszędzie. Znów wspinały się po jej ciele. Znów wyciągały szpony w kierunku jej głowy.
Dziewczyna użyła ostatnich pokładów magii dodając sobie nadludzkiej siły i wbiła oberwaną wcześniej gałąź w podniebienie przebijając na wylot głowę, tym samym uszkadzając mózg.
Upadła niczym szmaciana lalka zatapiając się na wieczność w czarną otchłań rozpaczy.
AD
Mrok otulił jej skuloną sylwetkę. Mimo nieprzyjemnego jesiennego chłodu postać trwała w bezruchu. Głowa otulona złotym szalem włosów oparta była na rękach. Łokcie wbijały się w kolana. Dłonie przycisnęła do oczu zakrywając tym samym większość swej twarzy.
Za sprawą światła księżyca oświetlającego jej mleczne ciało była najjaśniejszym punktem na tej spowitej ciemnością leśnej polanie. Zdawała się płonąć białym, zimnym ogniem.
Ubrana była w delikatną pudrowo-różową sukienkę. Strój dziewczyny był zdecydowanie za lekki, zbyt wiosenny jak na obecną porę roku. Nie obchodziło ją to jednak, gdy pospiesznie opuszczała mieszkanie. Teraz też wydawało się być bez znaczenia. Nie zaprzątało jej myśli. Miała mętlik w głowie. Ważniejsze problemy, będące powodem jej nagłego, nieplanowanego spaceru.
Bose stopy poranione przez szyszki, drobne patyki i kamyczki spoczywały bezwładnie na mchu. Nie chciały zakłócać rozmyślań ani skupiać na sobie uwagi swojej właścicielki, dlatego ignorowały szramy, zadrapania, przetarcia łącznie z przeszywającym bólem.
Mimo zbyt skąpego odzienia, braku bucików, rękawiczek i czapki ciało dziewczyny było zdumiewająco ciepłe. Ciepłe było zresztą zawsze. Odkąd tylko pamiętała. Taką została stworzona. A wszystko po to, aby ułatwić jej zadanie.
Wiedziała dlaczego umiejscowiono ją na Ziemi. Dano jej ludzkie ciało. Miała opiekować się ludźmi. Dbać o równowagę między złymi a dobrymi uczynkami. Równowaga musi być zachowana, bo nie nadszedł jeszcze czas na ostateczną walkę Światłości z Wieczną Nocą.
Była winna. Mówiono jej, że ludzkie emocje są bardzo silne. Przysłaniają faktyczny stan rzeczy. Zakrzywiają rzeczywistość. Należy się ich wystrzegać. Nie ulegać im, a najlepiej działać prewencyjnie nie dopuszczając do sytuacji, które mogą sprawić, iż uczucia zaczną kiełkować.
Przekonanie o własnej wyższości, sile i mocy wytworzyło chęć sprawdzenia się.
- Skoro ludzie radzą sobie z emocjami, to ja też sobie poradzę - myślała zadufana w sobie.
Musiała wyrobić normę. Ostatnio gościła radość, więc teraz nadszedł czas na trochę łez w tym teatrze lalek. Podły plan manipulacji miał ujrzeć światło dzienne. Tym razem nie użyje mocy. Stanie się osobistą przyczyną cierpienia jednej ludzkiej istoty.
Oznaczało to złamanie prawa, głoszącego trzymanie się na uboczu, nie zawierania ŻADNYCH relacji z tubylcami.
Nie myślała wtedy o tym. Teraz pragnęła kary. Marzyła o odesłaniu do Krainy Cierpienia. Może zadawany tam ból jej powłoce zewnętrznej przyniesie choć trochę ulgi w środku. W duszy. W sercu. Mimo, że wcześniej z pewnością go tam nie było, to jednak czuła nieustanne rozrywanie tego organu na strzępy.
Srebrna łza spływała niespiesznie po ciele dziewczyny.
Pragnęła, aby to były jego zimne palce otulające jej twarz, głaszczące włosy, muskające usta i obejmujące talie. Chciała słyszeć jego głos szepczący, że pięknie pachnie. Błądzić dłońmi po jego ciele.
Nie była jednak człowiekiem i nie miała prawa zaznać niczego, co ludzkie. Odpokutuje za złamanie regulaminu. Z utęsknieniem wyczekiwała nadejścia swoich zwierzchników.
Druga łza upadła na mech skrząc się w księżycowym świetle.
Nienawidziła się za to, co zrobiła oraz za to, co zrobić chciała. Zawsze miała słabość do artystycznych i dekadenckich, ale stanowczych dusz. Nie potrafiła stawiać im większego oporu. Zdawała sobie sprawę z tego, że uległaby i chłopakowi gdyby naciskał.
Uniosła głowę ku niebu i długo się w nie wpatrywała. Następnie omiotła wzrokiem polanę. Przy jej skraju wśród cieni drzew czaiły się Cienie. Strażnicy którejś z mrocznych krain. Czekały na pozwolenie, by zabrać ją tam skąd przyszły. Prawy kącik ust dziewczyny uniósł się ku górze nadając drwiący wyraz młodej twarzy.
Podniosła się z podeszłej wilgocią leśnej polany i wolno otrzepała sukienkę z resztek ściółki.
Wyprostowała się i zrobiła kilka kroków do przodu. Jej pochylona głowa zdawała się wisieć bezwładnie.
Trzecia połyskująca łza zjeżdżając po zadartym nosie zasiliła szeregi runa leśnego.
Trzy białe i piękne postacie szły z wolna w stronę Iany.
Ich posągowe twarze zdawały się nie wyrażać żadnych emocji.
To już kolejna Strażniczka Równowagi Ziemskiej łamiąca Święte Prawo. Fakt ten był martwiący. Co te istoty miały w sobie takiego, że ogłupiały i sprowadzały na drogę nieposłuszeństwa zdyscyplinowanych strażników? Może jest coś w tutejszej glebie... wodzie... powietrzu...
Zwierzchnicy zatrzymali się przed dziewczyną. Patrzyła na nich odważnie z dumnie uniesioną głową.
Czarne cieniste postacie wyszły z kryjówki. Mknęły po leśnej powłoce w kierunku czterech jasnych postaci. Ich szpony zacisnęły się wokół stóp, kostek, łydek, kolan i ud dziewczyny w pudrowo-różowym odzieniu. Szły jednak wyżej powoli acz skutecznie zakrywając jej bladą skórę. Cień wysunął pazury rozrywając brzuch i biodro dziewczyny. Strzępy sukienki wtopiły się w czarne od napastników podłoże.
- To dopiero początek - zachrypiał głos, gdy naga Iana upadła na ziemię kuląc się z bólu.
Słudzy ciemności byli w posiadaniu jej całego ciała. Nie obchodziło ją to jednak. To świadomość była najcenniejsza a jej niedostaną nigdy.
Iana zebrała resztki sił i wyrwała się Cieniom. Biegła przed siebie do najbliższego drzewa.
Chwyciła grubą gałąź i z całej siły szarpnęła w dół.
Polana pogrążyła się w mroku. Cienie były wszędzie. Znów wspinały się po jej ciele. Znów wyciągały szpony w kierunku jej głowy.
Dziewczyna użyła ostatnich pokładów magii dodając sobie nadludzkiej siły i wbiła oberwaną wcześniej gałąź w podniebienie przebijając na wylot głowę, tym samym uszkadzając mózg.
Upadła niczym szmaciana lalka zatapiając się na wieczność w czarną otchłań rozpaczy.
AD
poniedziałek, 13 czerwca 2011
Agonia ćmy
Światło
Do najbliższej latarni
Leciała w stronę światła
Później już tylko w przenośni
Ćmy są ślepe i nierozważne
Bliskie celu tracą czujność
Coś przecięło powietrze
Nocny motyl upadł
Śmierć szła powoli
Spokojne stawiając kroki
Ćma się wiła coraz słabiej
W bólu, rozpaczy, niezrozumieniu
Leżąc na grzbiecie
Bez skrzydła i wiary
Ćma pragnęła zemsty
Nieotrzymanej nigdy sprawiedliwości
Drgawki wstrząsnęły jej małym ciałem
Nie było sensu już dużej walczyć
Niech przyjdą anioły!
Nie przyszły
Ciemność nastała
Inna niż zwykle
Krwawa, przepełniona pustką
Stopa przechodnia zakończyła agonię
AD
Do najbliższej latarni
Leciała w stronę światła
Później już tylko w przenośni
Ćmy są ślepe i nierozważne
Bliskie celu tracą czujność
Coś przecięło powietrze
Nocny motyl upadł
Śmierć szła powoli
Spokojne stawiając kroki
Ćma się wiła coraz słabiej
W bólu, rozpaczy, niezrozumieniu
Leżąc na grzbiecie
Bez skrzydła i wiary
Ćma pragnęła zemsty
Nieotrzymanej nigdy sprawiedliwości
Drgawki wstrząsnęły jej małym ciałem
Nie było sensu już dużej walczyć
Niech przyjdą anioły!
Nie przyszły
Ciemność nastała
Inna niż zwykle
Krwawa, przepełniona pustką
Stopa przechodnia zakończyła agonię
AD
czwartek, 28 kwietnia 2011
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
13 godzin ( II )
N. przystanęła na chwilkę, po czym dogoniła rozbawioną A.
- Nie możemy tu skręcić - oznajmiła z powagą.
- A gdzie? - A. zmarszczyła brwi. - No gdzie, jak nie tu?
W tym momencie musiały zakończyć rozmowę. W ich stronę żwawo maszerował AN.
- Idziemy? - spytał machnąwszy ręką w kierunku jednej z bocznych warszawskich uliczek.
Nie było czasu na debaty. A. musiała zaufać N.
- Nie. Musimy poczekać na znajomych - odparła, po czym uśmiechnęła się, pokazując dołeczki w policzkach, by złagodzić nazbyt oschły ton.
N. przejęła pałeczkę.
- Musimy chwilkę poczekać. Znajomi już idą - odsłoniła białe ząbki w szczerym uśmiechu.
- Okej - AN wzruszył ramionami.
Odszedł kawałek dalej i wyciągnął aparat z pokrowca.
A. zamarła.
- AN! - Zawołała.
N. złapała ją za ramię. Krótkie, ale mocne paznokcie zagłębiły się w jasnej skórze dziewczyny.
To był ułamek sekundy.
A. otrząsnęła się.
Odchrząknęła.
-A nie lepiej jak ja ci zrobię zdjęcie? - Podbiegła do chłopaka.
Co do cholery?- Zastanawiała się N. Czyżby...? O ja pie... Szybkim krokiem podeszła do A. trzymającą aparat w obydwu dłoniach.
Złapała ją za ramię.
A uniosła głowę. Ich spojrzenia spotkały się.
Wie.
Wiem.
Doszła Reszta.
Już nie mogły rozmawiać.
W sumie to Reszta w końcu się przydała, bo to zmusiło AN do schowania aparatu.
Szli Krakowskim Przedmieściem już od kilkunastu minut.
Minęli Pałac Prezydencki, pod którym odbywała się jakaś manifestacja nie budząca już niczyjego zainteresowania.
Torba A. była ciężka.
Bark dziewczyny przechylił się bliżej ziemi.
W środku, i tak już wypchanym aż nadto, umieszczony został cenny przedmiot - wspólna pasja i miłość przyjaciółek.
Cienie.
N. rozglądała się ukradkiem.
Skoro mamy dane... zadanie zakończone.
- Usiądźmy tutaj - N. wskazała na pobliskie ławki.
- Tak na widoku? - Spytał jeden z Reszty.
- Pod latarnią najciemniej - zakończyła.
Powód był jeszcze jeden: wszystko wskazywało na to, że cienie podążają za nimi.
A. sączyła napój ze swojego kubka do kawy.
Westchnęła z rozkoszą, gdy pierwsze bąbelki spłynęły przez gardło do żołądka.
N. krążyła.
Coś sprawdzała.
Dwa razy, pod byle pretekstem, obeszła plac.
Raz zabrała ze sobą jednego z Reszty, a raz udała się samotnie.
A. widziała to, ale uznała, że jeszcze nie pora interweniować.
Przywołała na twarz uroczy uśmiech i zadała jakieś pytanie, na które odpowiedzi nawet nie wsłuchała, nowemu znajomemu.
Cienie nie podeszły.
poruszały się powoli i spokojnie jak rekiny wokół ofiary.
Nie zrobili jednak nic, co by ich sprowokowało.
Nie wyczuły krwi.
Gdy szli na pociąg nie podążali już za nimi.
Byli na służbie, przydzieleni do konkretnego rejonu.
Cel odszedł.
Chyba coś wyczuł, ponieważ ulotnił się wcześniej niż mówił na początku.
To nie jest istotne.
A. i N. zdobyły dane - wykonały zadanie!
Więc czemu nie delektować się tym wspaniałym trunkiem, który spoczywał w dłoni A.?
:)
sobota, 16 kwietnia 2011
13 godzin
A. pije Desperadosa u Szkota.
Relaksuje się.
Dzwoni telefon.
To od Niej.
Od Niej musi odebrać.
Odbiera.
Jest informacja.
Jest pytanie.
Nie. To polecenie.
Kilka minut i decyzja jest podjęta.
Jadą. I to w trybie natychmiastowym.
Nie ma czasu na przygotowanie.
Wszelkie informacje i rozpoczęcie operacji na miejscu.
A. i N.. Same.
Nie, jednak nie same, choć same decyzję podejmują. Później dowiadują się o Reszcie.
Reszta nie jest jednak istotna.
Na pozór fajna i sympatyczna, lecz nie wiadomo kim jest dla Niej.
Zanim nastąpi godzina pierwsza z trzynastu trzeba wykonać zadanie wstępne.
Poranek rozpoczął się pospiesznym stukotem czereśniowych obcasów N. i odgłosem gumowej podeszwy, czerwonych trampek A., zetkniętej ze żwirem.
Dobra dziennikarka wie, gdzie zaciągnąć języka
Żadna z nich nią jednak nie jest.
A. namówiła N. by tam poszły.
Głupio, bo głupio, ale jest zadanie.
A zadanie trzeba wypełnić.
Problemu nie było.
Byli pomocni - jak zawsze. Informacje są zdobyte.
Nie ma z czego się cieszyć - pomyślała A. wychodząc przez drzwi otwierane za pomocą fotokomórki.
Pęd powietrza rozwiał jej rude loku.
Nie zwróciła na to uwagi. Nazbyt była zamyślona.
- Poszło za łatwo. - syknęła do N. przez zaciśnięte zęby.
- Oj, przestań! - N. zatrzymała się gwałtownie - Wszystko idzie zgodnie z planem. Przestań komplikować!
Pociąg odjechał.
Na peronie, wśród zgiełku przechodniów, stało nieruchomo pięć postaci.
- Mamy 13 godzin - szepnęła prawie niesłyszalnie A.
Jeden z Reszty drgnął i wyszedł przed grupę.
Pozostali ruszyli o krok za nim.
Ponad pięciogodzinna jazda dawała się we z znaki.
Żeby zadanie wykonane było poprawnie, a one skuteczne, A. i N. musiały się odświeżyć.
Tak długi czas w dusznym, zatęchłym przedziale pozostawił ślad na ich, zazwyczaj nienagannych, twarzach.
Jednak krótka wizyta w łazience wystarczyła, by wróciły do odpowiedniego wyglądu.
Po dwóch godzinach cel został dokładnie namierzony.
- Nie ma sensu za nim latać. Sam do nas przyjdzie. - Powiedziała głośno A., ale pomyślała:zbyt banalnie,zbyt...łatwo nam idzie...
- Ale... jak? - zapytał ten, który wyprowadził ich z peronu.
No tak. Rozpoznanie w terenie może i dobre, za to znajomość wywiadu... - podsumowała w myślach A. kręcąc głową.
- Jeszcze dużo się musisz nauczyć - zaśmiała się kpiąco N.
Poczekają na niego w dogodnym i bezpiecznym miejscu.
- Przyjdzie jak owca na rzeź - A. się rozmarzyła.
- Nie. Tym razem tylko dane. Zdobędziemy dane i wracamy.
N. patrzyła głęboko w oczy A. Próbowało zrozumieć, co przyjaciółka jej przekazuje.
Oczy. Oczy według A. mówiły. Potrafiła czytać z oczu innych ludzi. Nie słowa, ale myśli i emocje.
Oczy A. były brązowe, bursztynowe, prawie czarne. I te oczy na prawdę mówiły do N.
Brunetka kiwnęła głową. Zrozumiała. Narysowała na kartce trzy postaci ustawione tak by tworzyły rogi trójkąta. Połączyła je linią i w środek powstałej figury wpisała litery A i N.
- Kim są?
- Po co są?
Nagle A. zmrużyła oczy zadanie!
N. odwróciła się gwałtownie. cel
Panel dyskusyjny trwał 5 godzin. Reszta się nie wychylała. Zostawiła wolną rękę zawodowcom.
A. i N. stopniowo przekonywały cel do siebie.
Przyszedł sam. Tak, tak miało być. Inaczej po panelu zabrakłoby czasu.
Teraz czasu mają aż nadto.
- Szkoda, że kolega celu nigdy nie przyjedzie. Będzie czekał na marne. - N. ledwie poruszyła wargami.
- AN. Cel to AN. To inicjały. Zabawne nie uważasz? -równie niezauważalnie odpowiedziała A. wpatrując się w kark AN.
Koniec. Czas działać.
Cała piątka stała przed budynkiem udając, że są zajęci.
Że na nikogo nie czekają.
W rezultacie nie musieli długo udawać.
Cel wyszedł z budynku i skierował swe kroki ku im.
- Cześć - uśmiechnął się nieśmiało. - O której macie pociąg?
- 23.10 - mruknęła A.
Była godzina 17.13
- Co robicie teraz? Chętnie pójdę z Wami, bo czekam na kolegę, który dopiero o 23.00 ma przyjechać pociągiem...
- Jasne - serdecznie uśmiechnęła się A. mimo, że pomyślała Kolega nie przyjedzie, mój drogi...
- Jeśli nas oprowadzisz po Warszawie - postawiła warunek N. dodając w myślach biedny celu, sam wchodzący w sidła...
Chłopak przytaknął i ruszyli.
Reszta zaczęła się podejrzanie zachowywać.
Jedyny mężczyzna w grupie, oprócz celu, zaczął stroić dziwne fochy i uparcie chciał się rozdzielić.
Tak się stało. A. zwróciła uwagę, że nie jest to zachowanie przypadkowe, ale postanowiła czekać na rozwój sytuacji. Rozdzielili się.
Nareszcie!
Reszta poszła w inną stronę a one z celem w inną.
To była chwila.
A. patrzyła na AN spod półprzymkniętych powiek. Starała się zapanować nad grymasem satysfakcji powoli unoszącego kąciki jej ust ku górze.
- Fantastyczny! - Westchnęła
Odwzajemnił nieśmiały uśmiech.
A. wyciągnęła w jego stronę dłoń z lustrzanką cyfrową Kodaka. Chłopak sięgnął i schował aparat do pokrowca.
Gdy N. wróciła z łazienki A. zdążyła już schować kartę w bezpieczne miejsce.
Teraz, gdy miała to czego chciały, mogą wrócić. AM był jednak ciekawym człowiekiem. A. nie chciała jeszcze się z nim rozstawać.
Jeśli N. się dowie, że już ją mam, będziemy musiały wrócić... Nie powiem jej na razie.
Reszta doszła do nich. Spacerowali po Krakowskim Przedmieściu i rozmawiali.
N. była w pracy, ale A. misje zakończyła, gdy, wychodząc z restauracji, okłamała partnerkę, że nie udało jej się zdobyć karty.
Może dlatego nie zauważyła postaci, które po raz kolejny mijały ich bezszelestnie.
Jednak N. zachowała czujność...
środa, 2 lutego 2011
Gra o sumie zerowej
Już nawet kłócić się naprawdę nie potrafimy.
Nasze kłótnie są tak mało prawdziwe.
Przypomina to raczej wojnę na wzgórzu,
Gdzie żadna armia ruszyć się nie chce
uparcie pilnując swoich pozycji.
Co czas jakiś jedno z nas burzy układ.
Przesuwa wojsko nie przekraczając granicy.
Po wystraszeniu przeciwnika następuje odwrót.
Przybywa delegacja pokojowa.
Każde z nas boi się zrobić ten krok za dużo.
Żyjemy w pozornym pokoju.
Bez emocji właściwych.
Chłodno kalkulujemy straty i zyski.
Anna Daleki
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)