wtorek, 2 sierpnia 2011

Marionetki z Obnośnego Teatru Lalek

AD

- Ładnie wygląda Klara. Nic nie widać. Naprawdę. Dobrze, że ją naprawiłeś. - Drżącym głosem powiedziała Marlena.
Stała w drzwiach z wzrokiem wbitym w stopy. Michaił odwrócony był do niej plecami. Nie miał zamiaru patrzeć jej w twarz. Nie po tym co zrobiła. Kochał ją, jednak czasem zachowywała się jak mała dziewczynka. W rękach trzymał marionetkę delikatnie pieszcząc ją palcami.
- A co innego mogłem zrobić? - Jego głos był zimny i oschły. - Skrzywdziłaś ją.
- Och Misza ... nie skrzywdziłam. Nie mogłam. To tylko lalka!
- Nie obchodzi mnie co o tym sądzisz! - Krzyknął, lecz po chwili opanował emocje. - Mówiłem Ci, że one żyją. Może twoja uważa, że nie jesteś godna, albo najzwyczajniej w świecie cię nie lubi. Jak teraz na to wszystko patrzę to uważam, że to dobry pomysł. Też udawałbym, że nie żyję gdyby to wystarczyło żebyś się ode mnie odczepiła.
Wiedział, że te słowa ranią. Wiedział, że ból nie zniknie jeszcze długo z delikatnego serca Marleny. W tym momencie nie dbał o to. Prawdę mówiąc czerpał ogromną przyjemność i satysfakcję z ranienia ukochanej. Klara też ma przecież uczucia.
- Misza... Przepraszam. - Dziewczyna podniosła głowę i wbiła spojrzenie w plecy chłopaka. Pragnęła, aby się odwrócił i na nią spojrzał. Byli przyjaciółmi i wierzyła, że widok jej łez złagodzi postawę chłopaka. Zamrugała powiekami, by pobudzić kanaliki łzowe. Na wszelki wypadek, gdyby postanowił uraczyć ją swym spojrzeniem.
- Przeproś Klarę, choć nie wiem czy zechce słuchać twoich słów.
Nastała cisza. Michaił czuł palący wzrok Marleny na plecach, jednak nie miał zamiaru ulegać.
- Zatem idź już. Za chwilę masz wejście. Przygotuj lepiej Mirabelę.
Marlena stała jeszcze kilka ułamków sekundy po czym odwróciła się na pięcie i bez słowa, z uniesioną wysoko głową opuściła izbę.
Gdy odgłos jej obcasów ucichł Misza posadził czule Klarę na łóżku.
- Ona kiedyś uwierzy. Trzeba dać jej czas...
- Co ona w sobie takiego ma? Ile szans będziesz jej jeszcze dawać? Ile będziesz czekać aż zobaczy, że ja kochasz? Ile aż cię pokocha?
- Aż to się stanie. Tak długo jak będę musiał, droga Klaro. - zasępił się. - Dlaczego ona was nie słyszy?
- Bo nie chce. I nie zmienisz tego, mój panie. Jej serce jest zatrute. Ona nie patrzy duszą.

Marlena rozczesywała nitkowe włosy swojej marionetki zastanawiając się nad słowami Miszy.
Czy mówił prawdę? Chciał się pozbyć jej ze swojego życia?
- Nie, na pewno nie. - Wyszeptała do siebie kręcąc w zamyśleniu głową.
Wypowiedział te słowa w gniewie pałając żądzą krwi.
Wiedziała, że ją kocha. Uczucie jakie do niej żywił ułatwiało jej wiele spraw. Lubiła go, ale bez przesady. Miała dopiero 17 lat i nie chciała się wiązać z żadnym mężczyzną. Misza był starszy o cztery lata i w jego wypadku chęć znalezienia małżonki była całkiem zrozumiała. Tendencja do wczesnych ślubów panowała wśród mieszkańców Obnośnego Teatru Lalek.
Marlena była w odpowiednim wieku do zamążpójścia, jednak bardzo stanowczo odmawiała zalotnikom. Nie miała rodziców, więc nikt nie mógł jej tego nakazać. Jedynie dyrektor teatru, lecz on uwielbiał jej młode ciało a kierująca się sprytem dziewczyna oznajmiła, iż straci je jeśli ona stanie się własnością mężczyzny.
Nie chciała grzecznie wykonywać nakazów męża w dzień oraz niezmiennie zadowalać go nocą.
Gdyby oddała rękę któremuś z tutejszych mężczyzn nie czerpałaby takiej przyjemności z seksu, ponieważ oni przestaliby się już starać.
Podniosła swoją lalkę na wysokość wzroku. Marlena poczęła intensywnie wpatrywać się w zielone oczy Mirabeli. Wydawały się tak samo martwe jak wcześniej. Jak zwykle.
- Och, Mirabelko. Jakżebym chciała mieć w tobie troszkę większe oparcie. Widzę w tobie przyjaciółkę, to jasne, jednak tak bardzo chciałabym byś mogła mówić. Dziewczyna czasem potrzebuje opinii innej dziewczyny. - Pogładziła adresatkę tych słów po świeżo rozczesanych włosach. - Och, Mirabelko... Jak pięknie by było gdyby Miszka miał rację. Mogłabym mieć wtedy taką namiastkę mamy lub siostry, której zawsze pragnęłam.
Marlena uważała, że dziewczyny nie są zdolne do przyjaźni. Nie było to prawdą oczywiście. Dziewczyny, które zamieszkiwały Obnośny Teatr Lalek nie były zdolne do przyjaźnie z nią, gdyż zwyczajnie jej nie lubiły. Budziła w nich też dziwne, niechciane emocje takie jak lęk i pożądanie. Była inna niż one. Nie chciała służyć mężczyzną i, o zgrozo, uważała, iż stosunek płciowy powinien przysparzać rozkoszy obu stronom. Dawać przyjemność i satysfakcję, inną niż wypełnienie obowiązku, kobiecie. Dla tamtejszych kobiet była to herezja. Jedynymi osobami mającymi odczuwać rozkosz z pożycia seksualnego są mężczyźni. Rolą kobiet jest im służyć i być wdzięcznym za opiekę, łaskawe przyjęcie w swe silne ramiona.
Drzwi do garderoby otworzyły się z impetem. Do izby wpadł zarządca teatru, Jarzy Satnori.
- Marlena, na scenę.
Dziewczyna posłusznie wstała i ruszyła w stronę drzwi.
- A później przyjdziesz do mnie. Musimy omówić kilka spraw.
- A jakich, jeśli można wiedzieć?
- Lalkarze się skarżą. Co w ciebie wstąpiło?
- Oj szefie, szefie. Skąd ten pomysł? Może to w nich coś wstąpiło? - Odparła z drwiącym uśmiechem na ustach opuszczając pokój.

- Zniszczyłam trzy lalki, bo ci lalkarze zupełnie powariowali! Twierdzą, że one żyją. - Tłumaczyła poirytowana.
- To nie powód żeby niszczyć marionetki, Marlenko. Nie można tak robić. - powiedział zrezygnowany zarządca. Wziął głęboki oddech po czym wyprostował się i rzekł przybierając ton za pomocą którego udziela się reprymendy. - Jeśli jeszcze raz się to powtórzy to będę zmuszony ...
- Ukarać mnie? - Dziewczyna podniosła się z krzesła i powoli podeszła do biurka za którym zasiadał mężczyzna. Oparła dłonie o blat i zbliżyła twarz do jego twarzy. - Zaczynaj, szefie. - Westchnęła głęboko, z nieukrywaną ironią. - Zniosę każdą, nawet największą, karę.
Wspięła się na mebel, usadawiając się tak, że jego korpus znalazł się między jej udami.
Zarządca odsunął się na krześle, wstał i obszedł biurko. Stanął za plecami dziewczyny, złapał ją za ramiona i uniósł lekko w górę, by po chwili postawić na ziemi.
- Teraz wyjdź, proszę. - Powiedział cicho, lecz stanowczo dłonią wskazując w kierunku drzwi.
Gdy został sam w gabinecie opadł na sofę znajdującą się pod ścianą. Miał zamknięte oczy i rzęsy lekko wilgotne od łez.
Nie mógł patrzeć na to, co Marlena wyprawia. Nie miał jednak nad nią żadnej władzy. Po śmierci matki dziewczyna została zupełnie sama. To było dwa lata temu. Miała wtedy skończone 15 lat, co według zasad panujących w Teatrze oznaczało, iż jest już zdolna do pracy i potrafi o siebie zadbać.
Nieformalnie czuwał nad nią zarządca, który był długoletnim znajomym jej matki – Hanny. To dlatego na większość wybryków osamotnionej nastolatki przymykano oko.

Hanna była piękną kobietą. Gwiazdą Obnośnego Teatru Lalek, najlepszą w całym okręgu, którą praktycznie wszyscy darzyli ciepłymi uczuciami.
Wraz z marionetką Martą stanowiły gwóźdź programu. Dzięki ich występom teatr cieszył się ogromną popularnością, także po śmierci aktorki.
Były niezastąpione. Ludzie twierdzili, że marionetka ożywa w sprawnych palcach Hanny.
Nikt nie znał tożsamości mężczyzny, który zapłodnił aktorkę. Nie znała jej nawet najbardziej zainteresowana. Albo znać nie chciała. Kobieta byłą bardzo otwarta, bezpruderyjna i, jak na prawdziwą gwiazdę przystało, lubowała się w wysokoprocentowych trunkach. Często uczestniczyła w dancingach i nie pamiętała znacznej części ich przebiegu.
Kochała córkę prawie tak mocno jak swoją Martę. Dziewczynka jednak zdawała sobie sprawę z tego, że jest na drugim miejscu. Wiedza ta była nawozem dla kiełkującej w jej młodym sercu nienawiści do teatralnych lalek.
Trudno się dziwić zważywszy na fakt, iż to one były przyczyną śmierci mamy.
Hannę znaleziono pewnego dnia w swojej garderobie bez żadnych oznak życia. Bezwładne ciało, któremu brutalnie skradziono dech otulone było jedwabnym szlafrokiem w kolorze fuksji. Wokół szyi denatki okręciły się żyłki od jej ukochanej marionetki. Marta wtulona w pierś kobiety zdawała się uśmiechać.
Tragiczna śmierć Hanny wstrząsnęła dotychczas grzeczną Marleną. Chciała odejść z teatru, jednak wiedziała, że nie poradzi sobie w normalnym świecie.
Dotychczas odmawiała udziału w sztukach, ale teraz, kiedy zabrakło jej matki, dziewczynka zmuszona była występować. Miała talent, którym całą sobą gardziła.

- Musi ponieść karę, Miszka. - Oznajmiła Klara.
- Musi ponieść karę, Marlo. - Wtórowała Anabel.
- Musi ponieść karę, Filipie. - Zaśpiewała Natalka.
- Ta dziewczyna nie może krzywdzić bezkarnie lalek. Ujdzie jej to znów na sucho, bo każdemu daje dupy? - Zaskrzeczała Klara po czym zamilkła.
Spojrzała w kąt izby, gdzie na wielkiej starej skrzyni siedziała, jak na królewskim tronie, zadbana marionetka o porcelanowej twarzyczce, różowych policzkach, długich rudych lokach i wielkich brązowych oczach. Była najpiękniejszą z nich wszystkich i zdecydowanie najdokładniej wykonaną. Żaden szczegół nie został pominięty. Zdawała się drwiąco uśmiechać drobnymi czerwonymi ustkami. Miała nawet urocze dołeczki.
Po tragicznej śmierci jej właścicielki aktorzy przestali bezgranicznie im zawierzać. Podświadomie odczuwali paniczny i nieopisany lęk podczas samotnych chwil sam na sam z którąś z teatralnych lalek. Marcie taki stan rzeczy nie odpowiadał zupełnie. Potrzebowała ludzi, aby móc odzyskać dawno utraconą pełnie sił i moc.
Precyzyjniej rzecz ujmując najbardziej pożądana była kobieca krew. Ich posoka dodawała więcej witalności niż ta męska, ponieważ były one z natury silniejsze. A najlepiej gdy właścicielkami były nowoczesne, pewne siebie, pełne energii kobiety.
Mieszkańcy teatru unikali dłuższego kontaktu z marionetkami, ograniczając się tylko do obowiązkowych udziałów w przedstawieniach.
Z tymi młodymi lalkarzami było jednak inaczej. Poczęli oni pracować dopiero rok po przykrym incydencie w garderobie ówczesnej gwiazdy. Znali historię, lecz nie byli bezpośrednimi świadkami owego wydarzenia. Nie byli emocjonalnie związani.
Nikt im również nie powiedział o dziwnym wypadku jaki spotkał starego lalkarza i jego żonę, krawcową. Uznano to za przypadkowy zbieg okoliczności i nie chciano straszyć jedynych chętnych na te stanowiska.
Otóż żadnego przypadku nie było. Przypadki nie istnieją.
Pół roku po tym jak Hanna pożegnała się ze światem żywych lalkarz i krawcowa również zasilili szeregi zmarłych. Trzy zgony w przeciągu sześciu miesięcy można odebrać jako działania strasznego losu. Siły wyższej, nadprzyrodzonej. Otóż właśnie - nadprzyrodzonej.
Małżeństwo znaleziono w warsztacie. Ich ciała były zimne jak lód i twarde jak kamień. Widać, że życie uszło z nich bezpowrotnie.
Stary mężczyzna umarł na zawał serca. Takie rzeczy zdarzają się w podeszłym wieku. Krawcowa udusiła się. Przypuszczano, iż zobaczyła, że jej mąż źle się czuje i rzuciła mu się do pomocy. Niefortunnie zaplątała się w żyłki służące do sterowania marionetkami. Nie miała wystarczająco siły, aby się uwolnić. Może upadając uderzyła się w głowę i zemdlała? W każdym razie dopływ powietrza został odcięty i kobieta zmarła.
W rzeczywistości sytuacja była odwrotna. Serce biednego staruszka nie wytrzymało okropnego widoku, jaki z pewnością musiała stanowić sina na twarzy krawcowa szamocząca się z lalkami po izbie.
Chłopcy kochali swoją pracę. Kochali „małe aktoreczki”, jak zwykli o nich mawiać.
Mieli też mały sekret, który lalki postanowiły wykorzystać.
Cała trójka kochała też jeszcze kogoś.
Żaden nie zdawał sobie sprawy z tajemnicy pozostałych.
Marionetki początkowo cierpliwie słuchały zwierzeń, a gdy uznały to za stosowne, ujawniły się. Lalkarze zlękli się, jednak po pewnym czasie oswoili się z sytuacją i prowadzili długie rozmowy z nowymi przyjaciółkami w zaciszu swoich małych izdebek.
Informacje jakie pozyskały okazały się przydatne. Była dziewczynka, bardzo silna i kochana. Nie tak mocno jak jej matka, ale wystarczająco.

- Musi ponieść karę, Miszka.
- Musi ponieść karę, Marlo.
- Musi ponieść karę, Filipie.
- Z kim Misza rozmawia? - Pytała w myślach Marlena.
Przycisnęła mocniej ucho do drzwi. Szept był niewyraźny i złowieszczy. Po plecach dziewczyny przeszły zimne ciarki. Później nic już nie słyszała. Do czasu aż ciszy nie rozdarł przeraźliwy krzyk. Niewiele myśląc chwyciła oświetlająca korytarz pochodnię i wpadła do izby. Wolną ręką zatkała ucho a drugie przycisnęła do ramienia.
Piskliwy krzyk był niesłychanie głośny i przerażający. Wydawało się, że zaraz pękną jej bębenki a później eksploduje głowa zostawiając strzępy mózgu, skóry, osocza i krwi na lichych dębowych ścianach.
Na podłodze w widocznym i nieopisanym cierpieniu wiły się trzy postacie. Kolana nastolatki ugięły się i dołączyła do swoich kolegów. Dzielnie ściskając pochodnię usiłowała schować głowę między łydki.
Nastała cisza. Tak nagła, iż dopiero po kilku długich sekundach dziewczyna zorientowała się, że może wstać. Uniosła się powoli i rozejrzała się po pokoju. Oprócz niej i lalkarzy w pokoju były tylko cztery lalki.
- Witaj, maleńka. - Dobiegł ją głos.
Po chwili znalazła jego źródło w odległym kącie pomieszczenia.
Twarz Marleny wykrzywiła z obrzydzenia.
- Długośmy się nie widziały. Unikałaś mnie? - wychrypiała Marta. - Na nich! - Wykrzyknęła po chwili.
Sznury łączące drewniane krzyże do sterowania z marionetkami wystrzeliły w stronę zwiniętych nieruchomych ciał młodzieńców. Marlena dopadła ich pierwsza.
Miszka..., chłopaki... Wstawajcie. - Wysapała. Prośba pozostała jednak bez odzewu.
Chwyciła bezwładną rękę Michaiła i poczęła ciągnąć do w stronę wyjścia. Działanie to nie przyniosło oczekiwanego rezultatu. Ciało lalkarza nie drgnęło ani o milimetr.
Srebrna żyłka przecięła powietrze głęboko raniąc dziewczynę w policzek. Kropla krwi upadła na podłogę. Marionetki zastygły po czym ruszyły do ataku ze zdwojoną siłą.
Marlena uskoczyła przed kolejnym ciosem. Jednym długim susem przemierzyła pokój zatrzymując się przy słomianych zasłonkach na okna i podpalając je uparcie trzymaną pochodnią.
Następnie podbiegła do szaf w których trzymane były scenariusze do przedstawień. Wyrzuciła je wszystkie do swych stóp i upuściła na stos kartek pochodnie.
Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie a lalki krzyczały. Nie umiały przecież chodzić. Nie mogły uciec.
Jeszcze kilka zwinnych skoków i dziewczyna znalazła się za drzwiami ścigana przez rozpaczliwie wypuszczane mordercze żyłki marionetek.
Zamykając drzwi ostatni raz spojrzała na swojego martwego przyjaciela, którego lizały ogniowe języki.
Trzasnęła drzwiami i rzuciła się przez korytarz ku podwórzu.
- Och, przepraszam, Miszka, przepraszam... - Szeptała gorączkowo włączając dźwignię alarmu pożarowego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz