czwartek, 7 marca 2013

The little bird slowly withered (mały ptak powoli usychał)

Był sobie ptak.
Nie nadzwyczajny ptak.
Nie ponadprzeciętny ptak.
Nie był nawet wyspecjalizowany.
Był ptasi, jak na ptaka przystało.

Żył w klatce.
Nie był kanarkiem
Nie był też papugą.
Był po trochu wieloma:
Barwnym napuszonym pawiem,
Ćwierkającym radośnie wróbelkiem,
Zwinnym i szybkim kolibrem,
Sroką kochającą błyskotki,
Cwaną i snującą niecne knowania mewą.

Żył w klatce.
Ładnej przytulnej, diamentowej.
Nie narzekał.
Lubił swoje życie.
Jestestwo.
Do póki...
Do czasu.
Do czasu aż...

Żył w klatce i dbano o niego.
Dawano najlepsze ziarno.
Dawano ptasie skarby.
Jednak ptak
W swojej nieokreśloności,
W swojej nieznaczności,
Przestał być czymkolwiek,
Czym był i nie był zarazem.

Usechł, jak usycha zaniedbana roślina.
Jak usycha człowiek wyrzucony po środku pustyni.
Zaczął się kurczyć.
Zagłębiać w siebie.
Wysechł na wiór.
Wiatr rozwiał ów wiór
I popędził dalej, bo on był wolny.
On mógł lecieć.

sobota, 8 grudnia 2012

nie po myśli myśli

Czy wiecie jak dzieje się, że mój tekst pojawia się w tym miejscu? Jak wygląda proces? Nie chodzi mi bynajmniej o kwestię czysto techniczną.


Najpierw jest myśl. Nie jest to szokujące, ani odkrywcze wyznanie, wiem.
Myśl kiełkuje w mojej głowie i rozwija się. Zaczyna pochłaniać więcej mojej uwagi. Zabierać miejsce innym myślom. Prowadzę wewnętrzny dialog...
Nie. Jest to monolog, gdyż słowa łączę w zdania imaginując sobie, iż artykułuję je bezpośrednio do Was. Wewnętrzna „Ja” przemawiam do wytworzonej w mej głowie publiczności. I nawet jeśli nie posunęłam się tak daleko do nadania jej jakiejś konkretniejszej formy - obrazu, to publiczność jest miła, aktywna, radośnie i żywo reaguje na wypowiadane przeze mnie błyskotliwe frazy...
Gdy to show robi się już męczące, niemal nieznośne, przelewam zmodyfikowaną i względnie ułożoną przemowę na papier (kiedyś była to kartka jednego z zeszytów formatu A4 z ładną okładką i innymi indywidualnymi wytworami mojego umysłu; dziś są to na ogół e-kartki internetowego pamiętnika bądź edytora tekstu).

Myśl uzmysłowiłam sobie rano. Jest wstępem do tego, co zamierzałam dziś opublikować. Było to zakurzone (i słusznie), lecz nie miałoby jeszcze roku.
Miało zostać w pliku „Twórczość” na zawsze. Jednak dziś przyszła myśl, że powinnam podzielić się tym elementem mnie z czytelnikami oraz społecznością internetową.
Leżąc w łóżku z koronkową opaską na oczy na oczach, słuchając Chilli Zet, delektując się prostotą tejże przyjemności i starając się utrzymać ją jak najdłużej (w nadziei, że jak zostanę w tym stanie wystarczająco długo, to czas między wstaniem, a spotkaniem z moim uroczym chłopakiem-śpiochem skurczy się wystarczająco, iż wykonam minimum mniej przyjemnych czynności) postanowiłam ostatecznie opublikować owy twór, który nie jest pod żadnym względem szczególny.
Dlaczego więc tak postanowiłam?
Bo jest (był!) trujący. Przesycony nienawiścią i złością, a ja podjęłam decyzję, że będę szczęśliwa i będę dążyć do osiągnięcia maksymalnej radości. Muszę wypluć zatem jad wyssany (i stale wysysany) z moich: serca, umysłu i innych organów.

Wcześniej miałam inną myśl. Chciałam stworzyć coś skandalizującego, brudnego, ociekającego wulgarnością i szyderstwem. Później chciałam to opublikować najlepiej w wersji papierowej, wydane przez jakieś niszowe, alternatywne, prześmiewcze wydawnictwo, i otoczyć się dekadenckim dymem pogardy.
Dziś podjęłam decyzję, że nie chcę dopisywać ciągu dalszego. Niniejsza publikacja miała być swoistym końcem farsy, której chciałam być twarzą.
Wykpieniem siebie samej.

Okazało się jednak, że nie była to myśl tak do końca innowacyjna, gdyż wspomnianego tekstu nie ma w żadnym z folderów. Najwyraźniej jakiś czas temu postanowiłam spalić most do tamtego świata i w łatwiejszy sposób odciąć się od spisanego syfu.
Żałuję oczywiście, że to skasowałam. Wolałabym się z tym zmierzyć. Spojrzeć w twarz tego szlamowatego potwora.

Teraz mam tylko jedną myśl, którą powtarzał mój wykładowca od warsztatów dziennikarskich: Szanujcie swoją pracę i nigdy nie kasujcie tego, co napisaliście. Kiedyś może się to wam przydać.



sobota, 1 grudnia 2012

ostatni zapis skryby

Wszelkie sprzęty elektroniczne w naturze mają przysparzanie bólu głowy. Nie... Przysporzyć można też o zawrót głowy, ale ja mam na myśli ból. Pulsujący, migrenowy, uciskający i wiercący.
I gdy pracują, nawet te ciche, nowoczesne, ultra ulepszone... Pracując wysyłają mikro fale wdrążające się w mózg, nie tylko użytkownika, lecz nieświadomych niczego przypadkowych odbieraczy e-bodźców. To tacy bierni palacze, chociaż... czy pozostali jeszcze bierni w tej sferze?

Mam myśl.
Chcę ją zapisać, co z tego, że na wirtualnej kartce? Chcę przelać myśl na elektroniczny papier, bo nie potrafię inaczej. Nie wiem jak trzyma się długopis, ołówek czy, co tam moi przodkowie zwykli trzymać.
Och! Oczywiście, że znam te pojęcia! Nie jestem ignorantką.
Miałam, w każdym razie, myśl. Ulotną, jak to z myślami w (ludzkich...?) głowach bywa, i chciałam ją zapisać stukając opuszkami palców w klawiaturę. A tu serwer się wiesza, sygnał sieci zanika, ekran migocze... Co z tego, że komputer pracuje non stop od 56 godzin? Przecież musi czuwać.
To ostatnie nasze chwile.
Ja odczuwam większe niedogodności, gdyż nie mogę sformatować mojej głowy. Nie mogę usunąć wirusów.
Takie są jednak konsekwencje bycia skrybą.

Jestem już stara. Mój komputer do najmłodszych nie należy również. Dlatego się wiesza i dlatego tak wierci mi w głowie.
Wiele historii zapisałam. Wiele jeszcze zapiszę, gdy narodzę się w nowej formie. Będę z pewnością klikać szybciej i sprawniej. Mniej błędnie.
I nowy komputer nie będzie falami rozwiercał mi głowy.
Właściwie to mogę nie mieć już głowy.

Czy głowa jest użyteczna?
Słyszałam o cięciach kosztów, więc po co mi głowa? Ręce wystarczą. Dłonie właściwie. Palce... Opuszki same.
Przecież i tak całe życie czekami i klikam, co twórca treści we mnie przeleje. Pod me palce podsunie.
Po co mi coś więcej niż opuszki?

I znowu się wiesza...

I wierci mi w głowie.

Po co mi głowa?

czwartek, 25 października 2012

"Poszukiwanie" fragment

3.
Rude loki unosiły się na wietrze niczym jedwabna chusta. Luźne ubranie opięło się na zgrabnym ciele dokładnie ukazując jego kształty.
Przez ułamek sekundy jej oczy za sprawą ostatniego promienia zachodzącego słońca pojaśniały i rozbłysły turmalinowym blaskiem by po chwili powrócić do codziennej, jednak nadal niezwykle, głębokiej zieleni.
Dziewczyna jeszcze przez chwilę wpatrywała się w odległy horyzont po czym weszła do pokoju.
Była już tak blisko.
Wdziała tego chłopaka. Tu. Na miejscu.
Stał i wpatrywał się w jej okna. Gdy wyszła na balkon on stał nadal niewzruszony, niedbale oparty o pobliską latarnie jakby bez celu, w pewnym zamyśleniu, a z pewnością obojętnie, zawiesił wzrok gdzieś daleko, daleko w przestrzeni. Gdy na niego patrzyła zdawał się nie widzieć jej, jej okien, jej balkonu, a nawet domu, w którym mieszkała. Jednak, gdy znikała za zasłoną i wyglądała zza niej ukradkiem, aby jej nie dostrzegł jego głowa nieznacznie unosiła się w górę, wzrok stawał się bardziej wyraźny.
Nie przejmowała się tym.
Obecność „tajemniczego” świadczyła o tym, że dobrze odgadła miejsce ze snów.
Malownicza Kraina Wielkich Jezior stała przed nią otworem.

4.
Widok zachodzącego słońca zawsze wywoływał u niego lekki dreszczyk podniecenia. Silny różowy czy pomarańczowy kolor oblewający linie horyzontu pełnił rolę zwiastuna. Szeptał tak cicho i tak głośno zarazem. Jego niesłyszalny głos dudnił w uszach: idzie noc!
Tak.
Noc.
Ta pani sprawiała, że krew w jego żyłach krążyła coraz szybciej. Żadna kobieta nie powodowała u niego takich reakcji.
Czasem, gdy królowa była bardzo łaskawa jego pragnienia zostawały spełnione. Podtykała mu niemal że pod nos ofiary, aby on mógł dokańczać dzieła.
Stan, w jakim się wtedy znajdował można było porównać do nirwany.
Chłopak zaczerpnął głęboko powietrze, po czym zaczął pociągać nosem jakby węsząc.
Zbliżała się Ona.
Wyjątkowa.
Przesycona słodyczą i rozkoszą.
Niezwykle hojna.
Byli prawie gotowi na ucztę... Prawie.
Kocham noc.
Kryje w sobie tyle różnorodności.
Tu każdy może być sobą, bo mrok daje mu niezmywalną maskę.
Sama noc – burzliwa - zdaje się spokojna, przyjazna, mimo że bardzo zdradliwa.
Kocham noc, bo tu każdy jest równy. Robi, co chce.
Noc jest szczęśliwa.
To dopiero rano wychodzą na jaw wszystkie nasze okrucieństwa.
Owoce nocnej swobody.
Uniesienia.
Przywołał wzrok do porządku.
Koniec marzeń, skarcił się w duchu, robota czeka.
Podniósł głowę nieco w górę, oczy – teraz już przytomne – zajrzały w okna dziewczyny.
Jej rude kosmyki były widoczne zza blado-żółtej zasłony. To zdarzenie wywołało mimowolny uśmiech na ustach nieznajomego.
Myślisz, że cię nie widać, maleńka? – Mruknął – To my rozdajemy karty.
Nagle zasłona drgnęła i włosy zniknęły.

Amelia poczuła jego wzrok na sobie. Odskoczyła w tył i padła na podłogę.
Nie mogłeś mnie widzieć!- Syknęła rozgniewana, mimo że czego, jak czego ale chłopak na pewno nie mógł jej słyszeć.
Podczołgała się pod oknem z drugiej strony i delikatnie zerknęła na pustą już latarnie.
„Tajemniczego”, jak go w duchu nazywała, nie było.
Postanowiła jednak zachować ostrożność i upewnić się czy rzeczywiście nigdzie go nie ma.
Nie chciała być odebrana jako podglądaczka czy ciekawska, w sumie to w ogóle nie chciała być odebrana negatywnie, a nawet nie chciałaby żeby chłopak wiedział, że zdaje sobie sprawę z jego obecności.
Podniosła się z ziemi, sięgnęła po koc leżący na łóżku i pomaszerowała w stronę balkonu.
Odsunęła energicznie (może zbyt energicznie) zasłonę, przekręciła klamkę od drzwi, otworzyła je. Przywitało ją ciepłe wieczorne powietrze.
Podeszła do barierki i, rozwieszając na niej koc, ukradkiem zerknęła to tu to tam. Cofnęła się o pół kroku i już spokojnie, nawet całkiem naturalnie, omiotła wzrokiem okolice.
Nigdzie nie zauważyła chłopaka.
Młoda para spacerowała wolno nie zwracając większej uwagi na rozbawioną i coraz głośniejszą grupkę młodzieży.
Mężczyzna i kobieta w średnim wieku wraz z psem uprawiali wieczorny jogging.
Zwyczajny widok.

środa, 18 lipca 2012

"Nigdy nie będziesz księżniczką jeśli urodziłaś się chłopką"

Nastał świt i tak naprawdę nikomu nie było już smutno. Nie ma sensu się smucić. Za późno już na zmianę swojego odbicia, a walka z lustrami zaczyna przypominać śmieszną walkę z wiatrakami obłąkanego rycerza, mimo że lustra nie są niczyją imaginacją.
Lustra są wszędzie. Są to oczy ludzi i zwierząt, szyby okien w chałupach, tafla wody w stawie, myślała chłopka Ala maczając opuszki palców w bali rozganiając tym samym mydliny pozostałe po zakończonej toalecie wieczornej księżniczki, której usługiwała.

Ala nie marzyła nawet o innym życiu. W pełni akceptowała swoją pozycję w strukturze społecznej. Wiedziała jaki los ją czeka, gdyż wszystko zostało już dawno zaplanowane.
Każdy gra swoją rolę. Każdemu przypisane jest określone miejsce w szeregu i ważne żeby się nie wychylał, bo dostanie w łeb i nie będzie mógł przez jakiś czas pracować na roli. A to przyniesie straty w gospodarstwie, mawiała bardzo często matka Ali. Nie chciała, aby jej córka była jedną z tych naiwnych chłopek śniących o książętach, pałacach i pięknych szatach. Nie zostały stworzone do innego życia niż to, które mają i głupota byłoby myśleć inaczej. Chciała chronić córkę przed zawodem. Gorzkim smakiem porażki i rozczarowania przychodzącego, gdy zgaśnie ostatnia iskierka nadziei.
Matka 16-sto letniej bohaterki opowiastki była znacznie mniej bystra niż jej latorośl. Jej poziom elokwencji był typowy dla chłopek w tym okresie i miejscu. To Ala wykazywała większe zdolności umysłu oraz nad przeciętną inteligencję. Z tej przyczyny bez problemu przyjmowała słowa matki, gdyż jej umysł zdolny był do analizy faktów. A były one takie, że żadna wieśniaczka, chłopka czy nawet mieszczanka (no...może jedna, ale orzeknięto ją wiedźmą i spalono za "podstępne zauroczenie" członka arystokracji) nie podwyższyła swojego statusu społecznego.
Ala przez jakiś czas usiłowała uświadomić koleżanki, iż ich mrzonki są ... mrzonkami zaledwie. Gdy ktoś was pokocha... wtedy będziecie to wiedziały, bo zrobi dla was wszystko, moje drogie. Urwie chmury, powyrywa drzewa i zabije hordy wojaków, którzy będą chcieli was na stos prowadzić. Złapie małego listka na rwącym wierze i będzie o was myślał od zmierzchu do świtu aż oczy jego ponownie nie napotkają waszej sylwetki. I rozchylone wargi nie połączą się, mówiła, lecz one nie słuchały najczęściej odchodząc w trakcie jej wypowiedzi.
Gdzieś w środku miała małą marzycielkę, jednak cynizm zakuł ją w łańcuchy, zakneblował i nie pozwolił dojść do głosu. Dlatego Ala patrzyła na świat z dystansem chłodno oceniając pojawiające się przed jej oczyma zjawiska.

Czas był dobry dla wszystkich mieszkańców Aszi - krainy, w której odgrywa się niniejsza historia. Mimo występowania podziałów i hierarchii nikt nie głodował, nie cierpiał bólu fizycznego (bez ingerencji innego, równego sobie obywatela Aszi) i nie chorował.
Baby w sędziwym wieku pozbawione sił witalnych, aby pomagać rodzinie w pracach siadały nad jeziorem i gadały całymi dniami. Widziały mokre i czerwone oczy dziewcząt po zderzeniu z bolesną prawdą, iż księżniczkami nie zostaną nigdy. Baby nie winiły chłopek, gdyż kiedyś też znajdowały się w ich położeniu. Wszystko przez krnąbrnych książąt, którzy chodzili z dziewkami w pole, a niektóre nawet brali do komnat, ponieważ wiejskie dziewczęta były bezpruderyjne, uległe i nie kaprysiły.

Ala słyszała o czym gadała jej babka z kumoszkami. Wiedziała, że słowa ich nie stanowią reguły, ale są w dużej mierze prawdziwe. Nie chciała być uznana za głupiutką i naiwną, więc postanowiła nie dać się uwieźć. I do czasu dobrze jej szło...

- Służko! Przyjedzie dziś mój daleki kuzyn, który nie widział mnie od czasów dzieciństwa. Przygotuj moją najlepszą suknię. Tę w kolorze herbacianej róży.
- Tak, pani. - Ala podeszła do garderoby wyciągając z niej wspomnianą szatę.
- Pokaż ją. Piękna... - księżniczka musnęła palcami jedwabny materiał. - Twoja sylwetka jest zbliżona mojej. Przymierz ją. Muszę zobaczyć jak się prezentuje.
Dziewczyna kiwnęła głową i udała się za parawanik. Zdjęła swoje odzienie i ułożyła je starannie na stoliczku. Przywdziała suknię. Był to proces złożony i niełatwy przy samodzielnym wykonania, lecz była wprawna w tej kwestii.
- Służko. Matka wzywa mnie na brunch. Jak będziesz gotowa to poczekaj. Przygotuj pąki różyczek, aby wpleść je w me złote warkocze.
Ala wyszła zza parawanu. Okręciła się w okół własnej osi raz. Później kolejny. Zobaczyła swoje odbicie w wielkim lustrze umieszczonym w rogu komnaty. Wyglądała pięknie. Może przyznanie tego jest nieskromne i nieodpowiednie dla kogoś o jej pozycji, ale wyglądała naprawdę imponująco. Usiadła przy toaletce zaczarowana swą odmianą. Zerknęła w stronę drzwi. Były zamknięte. Znajdowała się sama w pomieszczeniu. Zawahała się przez chwilę. Chwyciła srebrny grzebień i zaczęła rozczesywać włosy. Były gęste, długie i moce. Po rozczesaniu hebanowa czerń nabrała blasku i zdawały się migotać porannych promieniach słońca wpadających do komnaty przez szyby w wielkich zdobnych okiennicach. Patrzyła urzeczona widokiem machinalnie przeczesując włosy srebrnym grzebyczkiem.
Wtem drzwi otworzyły się i do pomieszczenia z impetem wpadł przystojny młodzieniec.
- Witam kuzyneczko! - Wykrzyknął na wstępie. Zatrzymał się wpół kroku, gdy ujrzał lico osóbki siedzącej przed toaletką. - Jesteś piękna! Nie jesteś jednak moją kuzynką!
Książę podszedł powoli do Ali wyciągając dłoń w jej stronę.
- Kim jesteś, nadobna niewiasto?
Służka poderwała się z siedzenia.
- Nikim szczególnym, panie. Służę pańskiej kuzynce.
- W takich szatach? - Uczynił szeroki gest wyciągniętą ręką podkreślający ubiór rozmówczyni.
- Księżniczka kazała się przebrać w celu prezentacji sukni.
Książę w mgnieniu oka znalazł się przy Ali obejmując ją w pasie. Wolną ręką chwycił delikatnie za podbródek unosząc spuszczoną głowę. Spojrzał jej głęboko w oczy.
- Kocham Cię, ma pani - wyszeptał.

Później był spacer, zabawy, wygłupy i obietnice. Łańcuchy pękły i knebel wypadł z ust stłamszonej dotychczas romantyczki. Zaczęła śpiewać, tańczyć i śmiać się do łez. Z radości, miłości, przy niepohamowanej naiwności. Jednak książę nieba biednej chłopce Ali nie przychylił. O poranku dziewczyna wykradła się z komnaty księcia i wróciła na służbę do rozzłoszczonej księżniczki, która widziała co wyczyniała jej służka z jej kuzynem - księciem. Ulitowała się jednakże nad chłopką, gdyż dobrze wiedziała, że nie jest dla niej żadnym zagrożeniem.
Nikt nie podwyższy swojego statusu. Księżniczką trzeba się urodzić, tak mawiała jej matka i ona w pełni się z nią zgadzała.

czwartek, 5 lipca 2012

Epitafium

- Myślisz, że co ludzie myślą sobie patrząc na nas?
Siedzieliśmy na schodkach tuż przy przystanku czekając na autobus, który zabierze mnie stąd. Od niego. Nie wiedziałam, że na tak długo. Nie myślałam, że moje słowa wypowiedziane są na poważnie. Że się spełnią niemal w całości.
Nie były z pewnością traktowane przez niego na serio. Przeze mnie bardziej, bo ja chciałam żeby były prawdą. W głębi duszy pragnęłam też żeby obietnice, jakie składałam okazały się nic niewarte. Czcze. Nieprawdziwe.
Musiałam jednak podjąć słuszną decyzję. Dla siebie. Tym razem dla siebie. Czas przestać drżeć ze strachu. Czas przestać się bać.
Popołudniowe słońce ogrzewało moje ciało. Świeciło w oczy zmuszając do zamknięcia ich. Oparłam głowę na jego ramieniu, którym mnie otaczał. Wszystko było zbyt skomplikowane, ale obiecałam sobie, że zacznę dbać o siebie. O swoje potrzeby. Nie mogę kłamać ze strachu przed samotnością. Muszę być silna.
Ostatnią tabletkę wzięłam zaraz po obudzeniu. W nocy nie mogłam spać. Wszystko spieprzyłam. Totalnie i konkretnie.
I teraz nie znosiłam siebie każdą komórką tworzącą mnie.
Jego zapytanie wyrwało mnie z rozmyślań. Wzruszyłam ramionami. Nie obchodziło mnie to.
- Że jesteśmy parą, może młodym małżeństwem... - kontynuował.
- Tak. Albo rodzeństwem - odpowiedziałam po kolejnej długiej chwili milczenia.
Parsknęliśmy śmiechem.
- Z pewnością...
Gładził mnie po ramieniu z ogromną czułością. Łzy cisnęły mi się do oczu.
Chwilę trwającą zbyt długo posiadającą dwoisty charakter, przerwał widok autobusu majaczącego na horyzoncie. Poderwałam się. Wstał i objął mnie w talii. Obrócił przysuwając przodem do siebie i zamknął w ramionach.
- Myślisz, że nie zdążysz? - Zaśmiał się usiłując uchwycić moje spojrzenie uparcie jednak wbiłam wzrok w żółtą koszulkę, jaką miał na sobie. Oparł czoło na mojej głowie znacząc ją wcześniej pocałunkiem.
- Kocham cię - wyszeptał.
Szarpnęłam się. Nie wypuścił mnie z objęć.
- Oj! Już ci mówiłam. To koniec. Jeśli nie może być inaczej to już się nie zobaczymy.
- Dobrze. Więc żegnaj - odepchnął mnie od siebie odwrócił się i odszedł.
- Narka - westchnęłam bardziej do siebie niż do niego wchodząc do wnętrza autobusu przez środkowe drzwi.

niedziela, 25 marca 2012

Żelazne Drzwi nr 123

Trwająca nieruchomo z nosem przyciśniętym do szyby blada twarz stanowiła dziwny punkt na tle ciemnego pokoju. Jej widok dodawał dreszczy przerażenia na plecach przechodniów, którzy spojrzeliby na spowity mrokiem nocy ten stary i brzydki budynek mieszkalny.
Przechodniów jednak nie było. Tylko ja. Jeśli ktoś zapuszczał się w te okolice, nie był przechodniem ani porządnym mieszkańcem z pewnością. Co pewne nie byłby bezbronny, chyba, że byłby turystą, którego nikt nie upilnował, bądź pijanym imprezowiczem, którego zwiodło coś czy ktoś lub najzwyczajniej się pomylił. Wsiadł w zły autobus nocny albo podał zły adres taksówkarzowi, a ten oddalił się pospiesznie po otrzymaniu należności.
Cóż. Turystą nie jestem. Mieszkam w mieście tym od urodzenia i znam dobrze co najmniej pięćdziesiąt trzy powody, dla których nie należy stawiać stopy po zmroku w dzielnicy, w której moja stopa, rozmiar 39,5 cm., co czyni ją całkiem dużą i zauważalną, postała.
Zagubiłam się kiedyś i przypadkowo trafiłam w to miejsce. Wiedziałam, o czym wspomniałam wcześniej, wtedy, że pojawianie się w tej dzielnicy po zmroku jest niebezpieczne i powinno być zakazane prawnymi ustawami, dekretami czy innymi tego typu śmiesznymi papierkowymi bzdetami wyrównującymi nasze życie pod linijkę, trzymającymi je w ryzach i pozwalającymi je względnie kontrolować. Nie przez nas jednakże.

Spacerując przerażona i szukając jakiejś zabłąkanej taksówki, bowiem bałam się wydobyć telefon z za modnej i wyglądającej na zbyt kosztowną (zasada kontrastu) torebki, mój wzrok spoczął na obdrapanym, zapuszczonym, szkaradnym (mogłabym wymieniać tak bez końca) budynku. Wyróżniał się on swoją szpetnością wśród innych budynków ustawionych w dzielnicy, o której mowa. Po dziurawych i poszarpanych zasłonach w oknie wysnułam wniosek, iż blok ów jest zamieszkany. Mimo uświadomienia sobie tego faktu moje serce stanęło, gdy do przytłumionego sporą ilością Tequli mózgu dotarło cóż zarejestrował narząd wzroku.
Był to na pozór normalny mały człowiek, jednakże miał w sobie to słynne niepokojące coś. W sumie to, moim skromnym zdaniem, wszystko w nim było niepokojące. Powierzchownie przynajmniej.
Kiedy centralny narząd układu krwionośnego znajdujący się w mym wnętrzu - który, nie mam pojęcia z jakiego powodu, obarczany jest odpowiedzialnością za te dziwne zawirowania w psychice zwane zakochaniem, miłością, czy jak tam jeszcze chcecie - wznowił swą pracę, niemal udusiłam się pragnąc bezwarunkowo i nagle pochłonąć ogromną ilość cuchnącego powietrza. Dodatkowo zachłysnęłam się śliną. Na szczęście swoją własną zważywszy na miejsce, w którym się znajdowałam. Przerażona zamrugałam oczami. Postać nie zniknęła. Stała nieruchomo. Była biała, ale nie tak uroczo, przepięknie, zachwycająco i czarująco biała jak gejsza, arystokratyczna piękność czy Królewna Śnieżka. Jak ja. O nie... Ona była biała w sensie nie żyję, bądź nigdy nie widziałam słońca. Dodatkowo była praktycznie naga, wątła i wyglądała na dziecko.
Nie dość, że przerażająca to jeszcze uciśniona. Dzieci są przecież niewinne.
Teoretycznie.
To na oko miało 8 lat, więc niewinność swą straciło. Chyba, że jest przetrzymywanym w surowych warunkach, torturowanym lub pozostawionym samemu sobie młodym człowieczkiem odseparowany od popapranych rówieśników. Wtedy może być niewinne. Lub potworne.
Czy żyjesz? A może jesteś manekinem? Kukłą?, starałam skontaktować się z istotą za pomocą telepatii. Jesteś więźniem stłamszonym psychicznie? Zniewolonym?.
Istota albo nie chciała odpowiedzieć, albo, co jest możliwe, nie opanowała sztuki porozumiewania się za pomocą myśli, zarezerwowanej przecież dla nielicznych. Istniała tez opcja, że blok, w którym się znajdowała zaopatrzony był w zabezpieczenia anty-telepatyczne.
Albo była ożywioną marionetką.

W tym momencie, pragnę sprostować, abyście nie zakładali, że jestem niespełna rozumu. W celu wyjaśnienia pozwolę sobie na dygresję małą, do których mam naturalną i silną skłonność. Tym razem czynię to jednak z premedytacją, abyście zrozumieli w jakim stanie wtedy byłam.
Na początek: wiem, że nie można porozumiewać się telepatycznie, chyba że jest się mnichem z tajnego odłamu klasztoru Szaolin. Wiem, że nie da się ożywić manekinów, kukieł, marionetek czy innych rzeczy martwych, za wyjątkiem umarłych ludzi i kotów.
Mój umysł nie był zwyczajnie przytępiony. On był niemal nieżywy i dużo czasu poświęciłam później, aby móc go ożywić.
Sprawa wygląda tak, że jestem niezwykle niezrównoważona emocjonalnie. Mimo ogromnej inteligencji jaką zostałam obrażona za każdym razem pozwalam wciągnąć się w na pozór piękne coś, które okazuje się później gównem śmierdzącym niemiłosiernie. Jest też opcja, że mam wysokie wymagania, ale czy nie jestem tego warta? W każdym bądź razie, podczas hucznie obchodzonych dwudziestych drugich urodzin, odbywających się w klimatycznym pubie, w łazience natknęłam się na dwie niezmiernie sympatyczne niewiasty, które dowiedziawszy się, że mam urodziny przystąpiły do składania mi życzeń. Spośród tego oklepanego szajsu, który sączyły mi do uszu zapamiętałam i wzięłam mocno do siebie następujące zdanie:
Żeby twój mężczyzna kochał cię mocniej, niż ty kochasz jego.
Wtedy odpowiedziałam, że tak jest. Wszystkie trzy ucieszyłyśmy się niezmiernie z tego powodu i pożegnałyśmy się obiecując sobie spotkanie przy barze i wspólne napicie się. Koniecznie. Mimo że przyrzeczenia złożonego poznanym w toalecie nie spełniłam, to zapamiętałam przedstawiony wyżej fragment życzeń, wzięłam go sobie do serca i postanowiłam, aby było właśnie tak, jak owe zdanie głosiło.
Chwiejną ręką poprawiłam makijaż i różową koronę, którą nabyłam specjalnie na ten wieczór, po czym wróciłam do przyjaciół.
Co dziwne... Nie wiele pamiętam z tamtego wieczoru. Szok i zaskoczenie.
Zbliżamy się do końca opowiastki, pełniącej formę sprostowania.
Później, po upływie kilku tygodni, uświadomiłam sobie, że mężczyzna mój, którego miłości byłam tak pewna... no cóż. Myliłam się nie tylko w kwestii wysokiego stopnia jego uczuć, ale i występowania owego uczucia względem mnie w ogóle. Po dramatycznej scenie rozstania niemal z jakiegoś tandetnego populistycznego filmu (zwróceniu prezentów i innych rzeczy mających wartość sentymentalną, tupaniu nóżką, strojeniu wyniosłych min i wycedzeniu słów mówiących, że znudził mi się, więc niezmiernie raduje mnie fakt, iż mam w końcu pretekst, żeby zakończyć tą farsę jaką był nasz związek) musiałam nabrać dystansu i zrelaksować się, a czynności te najlepiej wykonuje się wśród wiernych i oddanych przyjaciółek: wódek rozmaitych gatunków i krajów pochodzenia. Wskoczyłam więc do samochodu. Z torebki wyciągnęłam kosmetyczkę, z którą praktycznie nigdy się nie rozstaje. Jest czymś w rodzaju apteczki pierwszej pomocy. Poprawiając makijaż, który i tak był niemal idealny wykonałam kilka telefonów. Miałam grupę wsparcia.
Po wlaniu w siebie hektolitrów wódy zostałam zmuszona przez członków grupy wsparcia do powrotu do domu. Wepchnęli mnie, więc do taksówki. Poddałam się. Wybełkotałam adres. Najwyraźniej niewyraźnie, lecz uważam, że to taksówkarz nie umył uszu i źle zrozumiał. Takim oto sposobem znalazłam się TAM.
Byłam rozbita i zrozpaczona. Dlatego doprowadziłam się do takiego stanu. Jest to jasne? Świetnie.

Biała istota trwała nieruchomo. Jej zgaszone niczym u ślepca oczy o bladoniebieskich tęczówkach wpatrywały się w jeden punkt. We mnie. Nasze spojrzenia spotkały się.
Powstrzymałam ogarniającą mnie fale paniki. Zatrzymałam pragnące uciekać nogi. Starałam się rozluźnić napięte mięśnie. Bezskutecznie.
Byłam ciekawa. To nie jest przecież horror napisany przez jakiegoś świra, myślałam. To jest normalne dziecko, które być może potrzebuje pomocy.
Zdecydowałam się zorganizować akcję ratunkową. Byłam jednak wystarczająco zrównoważona, aby wszelkie działania podjąć na trzeźwo. Nie pamiętam jak wróciłam do domu.
Pamiętałam jednak zasnute mgłą mętne spojrzenie zdające się prosić o pomoc. Takie oczy posiadają ofiary. Nie oprawcy.
Normalnie nie podjęłabym żadnych kroków w celu uratowania kogokolwiek. Tym bardziej nieznajomego i brzydkiego. Byłam to jednak Ja w przeszłości. Nowa Ja zamierzała poświęcić niezliczone nakłady energii oraz wszelkie umiejętności, by stać się lepszą osobą. Aby uratować świat.
Skąd ta zmiana?
A jeśli na starość zamknie mnie ktoś w pokoju i to ja będę siedzieć przy oknie zawieszona, niewidzącym wzrokiem śledząca przechodniów? Wierzyłam, że jeszcze mogę wszystko zmienić. Wierzyłam, że mogę zmienić mój żałosny koniec w happy end.
Później mój zapał minąłby, ale czy to ważne? Czy to ważne skoro jestem tu, gdzie jestem?

Była noc. Chyba cieplejsza niż wtedy, kiedy pierwszy raz zobaczyłam białe dziecko. Teraz miałam je spotkać. Z całkowitą premedytacją. Zaplanowałam wiele rzeczy. Ubrałam ciepły płaszczyk w kolorze khaki z kapturem i dużą ilością kieszeni, w których pochowałam rozmaite przydatne przedmioty takie jak latarkę, scyzoryk, gaz łzawiący, pomadkę ochronną do ust, lusterko, plastry, płyn dezynfekujący, paczkę papierosów, zapalniczkę i maść na poparzenia. Założyłam wygodne buty za kostkę z grubą podeszwą, a rzęsy pomalowałam tuszem wodoodpornym w razie gdybym została zmuszona do ewakuacji drogą wodną.
Stałam nieruchomo opierając się o drzewo. W ustach trzymałam tlącego się papierosa. Dym przysłaniał mi twarz. Obserwowałam. Czekałam.
Czekałam.
Czekałam.
W pobliskim kościele zabiły dzwony.
24:00.
Na chwilę odwróciłam wzrok od okna, w którym wcześniej pojawiła się twarz białego dziecka, aby spojrzeć na tarczę zegara umieszczoną na smukłej, upiornej kościelnej wierzy.
Gdy oczy ponownie skierowałam na okno coś się zmieniło. Biały nos rozpłaszczony był na szybie, a biały palec łudząco przypominający kość jakiegoś ptactwa wycelowany był we mnie.
Przymrużyłam powieki i zaciągnęłam się papierosem trzymanym w lewej dłoni między palcem wskazującym a środkowym, zwanym potocznie fakiem. Prawa dłoń na pozór luźno spoczywała w kieszeni ściskając gaz łzawiący.
Rzuciłam resztki szkuga na ziemię po czym zmiażdżyłam niedopałek prawą stopą wykonując pełen obrót.
Bałam się. Piekielnie się bałam. Ale co miałam do stracenia? Życie?
Sekundy zdawały stać w miejscu. Moje kroki były głośne a obute dolne kończyny ciężkie jak z ołowiu. Mimo to szłam.
Drzwi do klatki, w której znajdowała się okno, pokój, mieszkanie białego dziecka były otwarte. Dopiero później zdałam sobie sprawę z tego, jak dziwne było to, że nikogo nie spotkałam. Że nikt mnie nie napadł za żadnym z razów.
Drzwi od mieszkania, w którym jak obliczyłam powinnam znaleźć istotę były otwarte. Dlaczego poszłam więc dalej, skoro oznaczało to, że nie jest więźniem?
Nie mam pojęcia.
Wykonałam kolejny krok. Grunt pod stopami zaczął się chwiać. Zaczął umykać. Osuwać się. Skoczyłam do tyłu. Kaptur spadł mi z głowy.
Lądując na twardej podłodze wylądowałam na plecach. Zabrakło mi tchu. Nie mogłam oddychać.
Nagle odkaszlnęłam.
Poczułam jak powietrze wypełnia klatkę piersiową. Przewróciłam się na brzuch i poczołgałam do skraju przepaści. W dole była pustka. Nicość. Czarna dziura.
Wpatrywałam się w atramentową czerń. Oniemiałam.
Poczułam ukucie w łydkę, a później szarpnięcie i palący ból. Ciepła krew sączyła się z rany. Dokładnie czułam strumienie ciemnej posoki cieknące po skórze. Szybko odwróciłam głowę. Zdążyłam ujrzeć białą postać umykająca do innego pomieszczenia.
Zebrałam się w sobie i poderwałam do góry. Po chwili jednak z powrotem znalazłam się na podłodze. Noga była zbyt obolała. Postanowiłam opatrzyć ranę. Wymacałam w jednej z kieszeni płyn dezynfekujący i plastry. Wyciągnęłam je i położyłam na podłodze. Następnie wyciągnęłam latarkę. Włączyłam ją i poświeciłam na ranę. Tkwił w niej fragment szklanego przedmiotu. Zacisnęłam zęby i usunęłam go. Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby rozpoznać w ów przedmiocie moje lusterko.
Musiało mi wypaść kiedy zawaliła się podłoga.
Nie puszczając potłuczonego lusterka chwyciłam płyn odkażający, z psikałam nim ranę i poczyniłam starania aby zakleić ją plastrami. Nie udało się. Nie potrafiłam zatamować takiej ilości krwi. Rozejrzałam się za jakąś szmatą. Wnet zauważyłam małą postać stojąca w koncie. Była widoczna mimo mroku dzięki bieli jej ciała. Przyglądała mi się z lekko przekrzywioną głowa w lewą stronę.
Zamarłam.
Ruszyła w moją stronę, a ja nie byłam w stanie wyrwać się z osłupienia.
Chłopiec szedł tiptopkami stawiając piętę tuż za palcami stopy. Nie zmienił ułożenia głowy. Poruszał ustami wydając dźwięki ochrypłe, nierówne, pozbawione melodii. Dopiero po chwili uzmysłowiłam sobie, że śpiewa dziecięcą wyliczankę.

Jeden ,dwa, jeden, dwa,
pewna pani miała psa.
Trzy i cztery, trzy i cztery,
pies ten dziwne miał maniery.
Pięć i sześć, pięć i sześć,
pies ten kości nie chciał jeść.
Siedem, osiem, siedem, osiem,
wciąż o lody tylko prosił.
Dziewięć, dziesięć, dziewięć, dziesięć,
kto te lody mu przyniesie?
Może ja, może Ty?
Licz od nowa: raz, dwa, trzy!

Ele mele dudki,
Gospodarz malutki,
Gospodyni jeszcze mniejsza,
Ale za to zaradniejsza.

Ene due rabe,
bocian połknął żabę,
a później Chińczyka,
co z tego wynika,
raz, dwa, trzy, wychodź ty.

Wpadła Bomba do piwnicy
napisała na tablicy
ES O ES głupi pies
Jeden Oblał się benzyną
Drugi dostał w łeb cytryną
a trzeciego gonią psy
I wypadniesz Raz Dwa Trzy
Za żelazne drzwi numer Sto Dwadzieścia Trzy

Trumf, trumf misia bela.
Misia asia konfacela.
Misia a, misia be,
misia asia
konface.

Aniołek Fijołek Różna Bez
Konwalia Balia Wściekły Pies

Entliczek - pentliczek,
czerwony stoliczek,
na kogo wypadnie,
na tego - bęc!


BĘC!
Jego nos dotknął mojego. Oczy - niebieskie, niewinne, zdziwione - utkwione były w moich - bursztynowych, przerażonych, skrywających zagubienie.
Odepchnęłam go. Zerwałam się i biegłam przed siebie. Nie zważałam na ból, na liczne potknięcia i upadki. Miałam cel. Chciałam uciec. Dotarłam do frontowych drzwi od klatki schodowej. Szarpnęłam klamkę, jednak nie drgnęła. Naparłam całym ciężarem na nie, lecz nie otworzyły się.
Cofnęłam się, rozpędziłam i runęłam na drzwi. Bez zmian. Powtórzyłam zabieg ten kilkakrotnie, ale efekt za każdym razem był taki sam.

Jeden Oblał się benzyną
Drugi dostał w łeb cytryną
a trzeciego gonią psy
I wypadniesz Raz Dwa Trzy
Za żelazne drzwi numer Sto Dwadzieścia Trzy


Dziecko skakało po stopniach znajdujących się na klatce schodowej w dół. Do mnie.




Są takie dni, że drzwi się otwierają i wychodzę. Wtedy odzyskuję na chwilę świadomość.
Wtedy wiem, gdzie jestem naprawdę. I wtedy widzę ludzi którzy przechodzą ulicą znajdująca się pod oknem od mojego pokoju. Wtedy wiem, że jestem w dobrym i bezpiecznym miejscu, gdzie ludzie w białych fartuchach opiekują się mną, a drzwi nie mają klamek. Brak klamek wiele ułatwia, bo przynajmniej nie oczekujesz po nich, że drgną, jeśli za nie pociągniesz. Nie możesz się zawieść.
W takie dni wiem, że ktoś mnie odwiedza, bo w moim pokoju jest mnóstwo kwiatów. Rozmaite. Tulipany, konwalie - kocham konwalie! - bez.
Na parapecie stoją róże. Każda w osobnym wazoniku i każda jest inna. Uschnięte, usychające i świeże. Regularnie przybywa jedna, nie wiem jednak, co jaki czas, ale czuję, że ona coś oznacza.
Jest też mnóstwo zdjęć z ludźmi, których czasami rozpoznaję. Mają uśmiechnięte buzie. Na niektórych zdjęciach wyglądają starzej, a na innych młodziej. Na tych starszych, znajdujących się tu dłużej, są zdecydowanie młodsi.