Trwająca nieruchomo z nosem przyciśniętym do szyby blada twarz stanowiła dziwny punkt na tle ciemnego pokoju. Jej widok dodawał dreszczy przerażenia na plecach przechodniów, którzy spojrzeliby na spowity mrokiem nocy ten stary i brzydki budynek mieszkalny.
Przechodniów jednak nie było. Tylko ja. Jeśli ktoś zapuszczał się w te okolice, nie był przechodniem ani porządnym mieszkańcem z pewnością. Co pewne nie byłby bezbronny, chyba, że byłby turystą, którego nikt nie upilnował, bądź pijanym imprezowiczem, którego zwiodło coś czy ktoś lub najzwyczajniej się pomylił. Wsiadł w zły autobus nocny albo podał zły adres taksówkarzowi, a ten oddalił się pospiesznie po otrzymaniu należności.
Cóż. Turystą nie jestem. Mieszkam w mieście tym od urodzenia i znam dobrze co najmniej pięćdziesiąt trzy powody, dla których nie należy stawiać stopy po zmroku w dzielnicy, w której moja stopa, rozmiar 39,5 cm., co czyni ją całkiem dużą i zauważalną, postała.
Zagubiłam się kiedyś i przypadkowo trafiłam w to miejsce. Wiedziałam, o czym wspomniałam wcześniej, wtedy, że pojawianie się w tej dzielnicy po zmroku jest niebezpieczne i powinno być zakazane prawnymi ustawami, dekretami czy innymi tego typu śmiesznymi papierkowymi bzdetami wyrównującymi nasze życie pod linijkę, trzymającymi je w ryzach i pozwalającymi je względnie kontrolować. Nie przez nas jednakże.
Spacerując przerażona i szukając jakiejś zabłąkanej taksówki, bowiem bałam się wydobyć telefon z za modnej i wyglądającej na zbyt kosztowną (zasada kontrastu) torebki, mój wzrok spoczął na obdrapanym, zapuszczonym, szkaradnym (mogłabym wymieniać tak bez końca) budynku. Wyróżniał się on swoją szpetnością wśród innych budynków ustawionych w dzielnicy, o której mowa. Po dziurawych i poszarpanych zasłonach w oknie wysnułam wniosek, iż blok ów jest zamieszkany. Mimo uświadomienia sobie tego faktu moje serce stanęło, gdy do przytłumionego sporą ilością Tequli mózgu dotarło cóż zarejestrował narząd wzroku.
Był to na pozór normalny mały człowiek, jednakże miał w sobie to słynne niepokojące coś. W sumie to, moim skromnym zdaniem, wszystko w nim było niepokojące. Powierzchownie przynajmniej.
Kiedy centralny narząd układu krwionośnego znajdujący się w mym wnętrzu - który, nie mam pojęcia z jakiego powodu, obarczany jest odpowiedzialnością za te dziwne zawirowania w psychice zwane zakochaniem, miłością, czy jak tam jeszcze chcecie - wznowił swą pracę, niemal udusiłam się pragnąc bezwarunkowo i nagle pochłonąć ogromną ilość cuchnącego powietrza. Dodatkowo zachłysnęłam się śliną. Na szczęście swoją własną zważywszy na miejsce, w którym się znajdowałam. Przerażona zamrugałam oczami. Postać nie zniknęła. Stała nieruchomo. Była biała, ale nie tak uroczo, przepięknie, zachwycająco i czarująco biała jak gejsza, arystokratyczna piękność czy Królewna Śnieżka. Jak ja. O nie... Ona była biała w sensie nie żyję, bądź nigdy nie widziałam słońca. Dodatkowo była praktycznie naga, wątła i wyglądała na dziecko.
Nie dość, że przerażająca to jeszcze uciśniona. Dzieci są przecież niewinne.
Teoretycznie.
To na oko miało 8 lat, więc niewinność swą straciło. Chyba, że jest przetrzymywanym w surowych warunkach, torturowanym lub pozostawionym samemu sobie młodym człowieczkiem odseparowany od popapranych rówieśników. Wtedy może być niewinne. Lub potworne.
Czy żyjesz? A może jesteś manekinem? Kukłą?, starałam skontaktować się z istotą za pomocą telepatii. Jesteś więźniem stłamszonym psychicznie? Zniewolonym?.
Istota albo nie chciała odpowiedzieć, albo, co jest możliwe, nie opanowała sztuki porozumiewania się za pomocą myśli, zarezerwowanej przecież dla nielicznych. Istniała tez opcja, że blok, w którym się znajdowała zaopatrzony był w zabezpieczenia anty-telepatyczne.
Albo była ożywioną marionetką.
W tym momencie, pragnę sprostować, abyście nie zakładali, że jestem niespełna rozumu. W celu wyjaśnienia pozwolę sobie na dygresję małą, do których mam naturalną i silną skłonność. Tym razem czynię to jednak z premedytacją, abyście zrozumieli w jakim stanie wtedy byłam.
Na początek: wiem, że nie można porozumiewać się telepatycznie, chyba że jest się mnichem z tajnego odłamu klasztoru Szaolin. Wiem, że nie da się ożywić manekinów, kukieł, marionetek czy innych rzeczy martwych, za wyjątkiem umarłych ludzi i kotów.
Mój umysł nie był zwyczajnie przytępiony. On był niemal nieżywy i dużo czasu poświęciłam później, aby móc go ożywić.
Sprawa wygląda tak, że jestem niezwykle niezrównoważona emocjonalnie. Mimo ogromnej inteligencji jaką zostałam obrażona za każdym razem pozwalam wciągnąć się w na pozór piękne coś, które okazuje się później gównem śmierdzącym niemiłosiernie. Jest też opcja, że mam wysokie wymagania, ale czy nie jestem tego warta? W każdym bądź razie, podczas hucznie obchodzonych dwudziestych drugich urodzin, odbywających się w klimatycznym pubie, w łazience natknęłam się na dwie niezmiernie sympatyczne niewiasty, które dowiedziawszy się, że mam urodziny przystąpiły do składania mi życzeń. Spośród tego oklepanego szajsu, który sączyły mi do uszu zapamiętałam i wzięłam mocno do siebie następujące zdanie:
Żeby twój mężczyzna kochał cię mocniej, niż ty kochasz jego.
Wtedy odpowiedziałam, że tak jest. Wszystkie trzy ucieszyłyśmy się niezmiernie z tego powodu i pożegnałyśmy się obiecując sobie spotkanie przy barze i wspólne napicie się. Koniecznie. Mimo że przyrzeczenia złożonego poznanym w toalecie nie spełniłam, to zapamiętałam przedstawiony wyżej fragment życzeń, wzięłam go sobie do serca i postanowiłam, aby było właśnie tak, jak owe zdanie głosiło.
Chwiejną ręką poprawiłam makijaż i różową koronę, którą nabyłam specjalnie na ten wieczór, po czym wróciłam do przyjaciół.
Co dziwne... Nie wiele pamiętam z tamtego wieczoru. Szok i zaskoczenie.
Zbliżamy się do końca opowiastki, pełniącej formę sprostowania.
Później, po upływie kilku tygodni, uświadomiłam sobie, że mężczyzna mój, którego miłości byłam tak pewna... no cóż. Myliłam się nie tylko w kwestii wysokiego stopnia jego uczuć, ale i występowania owego uczucia względem mnie w ogóle. Po dramatycznej scenie rozstania niemal z jakiegoś tandetnego populistycznego filmu (zwróceniu prezentów i innych rzeczy mających wartość sentymentalną, tupaniu nóżką, strojeniu wyniosłych min i wycedzeniu słów mówiących, że znudził mi się, więc niezmiernie raduje mnie fakt, iż mam w końcu pretekst, żeby zakończyć tą farsę jaką był nasz związek) musiałam nabrać dystansu i zrelaksować się, a czynności te najlepiej wykonuje się wśród wiernych i oddanych przyjaciółek: wódek rozmaitych gatunków i krajów pochodzenia. Wskoczyłam więc do samochodu. Z torebki wyciągnęłam kosmetyczkę, z którą praktycznie nigdy się nie rozstaje. Jest czymś w rodzaju apteczki pierwszej pomocy. Poprawiając makijaż, który i tak był niemal idealny wykonałam kilka telefonów. Miałam grupę wsparcia.
Po wlaniu w siebie hektolitrów wódy zostałam zmuszona przez członków grupy wsparcia do powrotu do domu. Wepchnęli mnie, więc do taksówki. Poddałam się. Wybełkotałam adres. Najwyraźniej niewyraźnie, lecz uważam, że to taksówkarz nie umył uszu i źle zrozumiał. Takim oto sposobem znalazłam się TAM.
Byłam rozbita i zrozpaczona. Dlatego doprowadziłam się do takiego stanu. Jest to jasne? Świetnie.
Biała istota trwała nieruchomo. Jej zgaszone niczym u ślepca oczy o bladoniebieskich tęczówkach wpatrywały się w jeden punkt. We mnie. Nasze spojrzenia spotkały się.
Powstrzymałam ogarniającą mnie fale paniki. Zatrzymałam pragnące uciekać nogi. Starałam się rozluźnić napięte mięśnie. Bezskutecznie.
Byłam ciekawa. To nie jest przecież horror napisany przez jakiegoś świra, myślałam. To jest normalne dziecko, które być może potrzebuje pomocy.
Zdecydowałam się zorganizować akcję ratunkową. Byłam jednak wystarczająco zrównoważona, aby wszelkie działania podjąć na trzeźwo. Nie pamiętam jak wróciłam do domu.
Pamiętałam jednak zasnute mgłą mętne spojrzenie zdające się prosić o pomoc. Takie oczy posiadają ofiary. Nie oprawcy.
Normalnie nie podjęłabym żadnych kroków w celu uratowania kogokolwiek. Tym bardziej nieznajomego i brzydkiego. Byłam to jednak Ja w przeszłości. Nowa Ja zamierzała poświęcić niezliczone nakłady energii oraz wszelkie umiejętności, by stać się lepszą osobą. Aby uratować świat.
Skąd ta zmiana?
A jeśli na starość zamknie mnie ktoś w pokoju i to ja będę siedzieć przy oknie zawieszona, niewidzącym wzrokiem śledząca przechodniów? Wierzyłam, że jeszcze mogę wszystko zmienić. Wierzyłam, że mogę zmienić mój żałosny koniec w happy end.
Później mój zapał minąłby, ale czy to ważne? Czy to ważne skoro jestem tu, gdzie jestem?
Była noc. Chyba cieplejsza niż wtedy, kiedy pierwszy raz zobaczyłam białe dziecko. Teraz miałam je spotkać. Z całkowitą premedytacją. Zaplanowałam wiele rzeczy. Ubrałam ciepły płaszczyk w kolorze khaki z kapturem i dużą ilością kieszeni, w których pochowałam rozmaite przydatne przedmioty takie jak latarkę, scyzoryk, gaz łzawiący, pomadkę ochronną do ust, lusterko, plastry, płyn dezynfekujący, paczkę papierosów, zapalniczkę i maść na poparzenia. Założyłam wygodne buty za kostkę z grubą podeszwą, a rzęsy pomalowałam tuszem wodoodpornym w razie gdybym została zmuszona do ewakuacji drogą wodną.
Stałam nieruchomo opierając się o drzewo. W ustach trzymałam tlącego się papierosa. Dym przysłaniał mi twarz. Obserwowałam. Czekałam.
Czekałam.
Czekałam.
W pobliskim kościele zabiły dzwony.
24:00.
Na chwilę odwróciłam wzrok od okna, w którym wcześniej pojawiła się twarz białego dziecka, aby spojrzeć na tarczę zegara umieszczoną na smukłej, upiornej kościelnej wierzy.
Gdy oczy ponownie skierowałam na okno coś się zmieniło. Biały nos rozpłaszczony był na szybie, a biały palec łudząco przypominający kość jakiegoś ptactwa wycelowany był we mnie.
Przymrużyłam powieki i zaciągnęłam się papierosem trzymanym w lewej dłoni między palcem wskazującym a środkowym, zwanym potocznie fakiem. Prawa dłoń na pozór luźno spoczywała w kieszeni ściskając gaz łzawiący.
Rzuciłam resztki szkuga na ziemię po czym zmiażdżyłam niedopałek prawą stopą wykonując pełen obrót.
Bałam się. Piekielnie się bałam. Ale co miałam do stracenia? Życie?
Sekundy zdawały stać w miejscu. Moje kroki były głośne a obute dolne kończyny ciężkie jak z ołowiu. Mimo to szłam.
Drzwi do klatki, w której znajdowała się okno, pokój, mieszkanie białego dziecka były otwarte. Dopiero później zdałam sobie sprawę z tego, jak dziwne było to, że nikogo nie spotkałam. Że nikt mnie nie napadł za żadnym z razów.
Drzwi od mieszkania, w którym jak obliczyłam powinnam znaleźć istotę były otwarte. Dlaczego poszłam więc dalej, skoro oznaczało to, że nie jest więźniem?
Nie mam pojęcia.
Wykonałam kolejny krok. Grunt pod stopami zaczął się chwiać. Zaczął umykać. Osuwać się. Skoczyłam do tyłu. Kaptur spadł mi z głowy.
Lądując na twardej podłodze wylądowałam na plecach. Zabrakło mi tchu. Nie mogłam oddychać.
Nagle odkaszlnęłam.
Poczułam jak powietrze wypełnia klatkę piersiową. Przewróciłam się na brzuch i poczołgałam do skraju przepaści. W dole była pustka. Nicość. Czarna dziura.
Wpatrywałam się w atramentową czerń. Oniemiałam.
Poczułam ukucie w łydkę, a później szarpnięcie i palący ból. Ciepła krew sączyła się z rany. Dokładnie czułam strumienie ciemnej posoki cieknące po skórze. Szybko odwróciłam głowę. Zdążyłam ujrzeć białą postać umykająca do innego pomieszczenia.
Zebrałam się w sobie i poderwałam do góry. Po chwili jednak z powrotem znalazłam się na podłodze. Noga była zbyt obolała. Postanowiłam opatrzyć ranę. Wymacałam w jednej z kieszeni płyn dezynfekujący i plastry. Wyciągnęłam je i położyłam na podłodze. Następnie wyciągnęłam latarkę. Włączyłam ją i poświeciłam na ranę. Tkwił w niej fragment szklanego przedmiotu. Zacisnęłam zęby i usunęłam go. Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby rozpoznać w ów przedmiocie moje lusterko.
Musiało mi wypaść kiedy zawaliła się podłoga.
Nie puszczając potłuczonego lusterka chwyciłam płyn odkażający, z psikałam nim ranę i poczyniłam starania aby zakleić ją plastrami. Nie udało się. Nie potrafiłam zatamować takiej ilości krwi. Rozejrzałam się za jakąś szmatą. Wnet zauważyłam małą postać stojąca w koncie. Była widoczna mimo mroku dzięki bieli jej ciała. Przyglądała mi się z lekko przekrzywioną głowa w lewą stronę.
Zamarłam.
Ruszyła w moją stronę, a ja nie byłam w stanie wyrwać się z osłupienia.
Chłopiec szedł tiptopkami stawiając piętę tuż za palcami stopy. Nie zmienił ułożenia głowy. Poruszał ustami wydając dźwięki ochrypłe, nierówne, pozbawione melodii. Dopiero po chwili uzmysłowiłam sobie, że śpiewa dziecięcą wyliczankę.
Jeden ,dwa, jeden, dwa,
pewna pani miała psa.
Trzy i cztery, trzy i cztery,
pies ten dziwne miał maniery.
Pięć i sześć, pięć i sześć,
pies ten kości nie chciał jeść.
Siedem, osiem, siedem, osiem,
wciąż o lody tylko prosił.
Dziewięć, dziesięć, dziewięć, dziesięć,
kto te lody mu przyniesie?
Może ja, może Ty?
Licz od nowa: raz, dwa, trzy!
Ele mele dudki,
Gospodarz malutki,
Gospodyni jeszcze mniejsza,
Ale za to zaradniejsza.
Ene due rabe,
bocian połknął żabę,
a później Chińczyka,
co z tego wynika,
raz, dwa, trzy, wychodź ty.
Wpadła Bomba do piwnicy
napisała na tablicy
ES O ES głupi pies
Jeden Oblał się benzyną
Drugi dostał w łeb cytryną
a trzeciego gonią psy
I wypadniesz Raz Dwa Trzy
Za żelazne drzwi numer Sto Dwadzieścia Trzy
Trumf, trumf misia bela.
Misia asia konfacela.
Misia a, misia be,
misia asia
konface.
Aniołek Fijołek Różna Bez
Konwalia Balia Wściekły Pies
Entliczek - pentliczek,
czerwony stoliczek,
na kogo wypadnie,
na tego - bęc!
BĘC!
Jego nos dotknął mojego. Oczy - niebieskie, niewinne, zdziwione - utkwione były w moich - bursztynowych, przerażonych, skrywających zagubienie.
Odepchnęłam go. Zerwałam się i biegłam przed siebie. Nie zważałam na ból, na liczne potknięcia i upadki. Miałam cel. Chciałam uciec. Dotarłam do frontowych drzwi od klatki schodowej. Szarpnęłam klamkę, jednak nie drgnęła. Naparłam całym ciężarem na nie, lecz nie otworzyły się.
Cofnęłam się, rozpędziłam i runęłam na drzwi. Bez zmian. Powtórzyłam zabieg ten kilkakrotnie, ale efekt za każdym razem był taki sam.
Jeden Oblał się benzyną
Drugi dostał w łeb cytryną
a trzeciego gonią psy
I wypadniesz Raz Dwa Trzy
Za żelazne drzwi numer Sto Dwadzieścia Trzy
Dziecko skakało po stopniach znajdujących się na klatce schodowej w dół. Do mnie.
Są takie dni, że drzwi się otwierają i wychodzę. Wtedy odzyskuję na chwilę świadomość.
Wtedy wiem, gdzie jestem naprawdę. I wtedy widzę ludzi którzy przechodzą ulicą znajdująca się pod oknem od mojego pokoju. Wtedy wiem, że jestem w dobrym i bezpiecznym miejscu, gdzie ludzie w białych fartuchach opiekują się mną, a drzwi nie mają klamek. Brak klamek wiele ułatwia, bo przynajmniej nie oczekujesz po nich, że drgną, jeśli za nie pociągniesz. Nie możesz się zawieść.
W takie dni wiem, że ktoś mnie odwiedza, bo w moim pokoju jest mnóstwo kwiatów. Rozmaite. Tulipany, konwalie - kocham konwalie! - bez.
Na parapecie stoją róże. Każda w osobnym wazoniku i każda jest inna. Uschnięte, usychające i świeże. Regularnie przybywa jedna, nie wiem jednak, co jaki czas, ale czuję, że ona coś oznacza.
Jest też mnóstwo zdjęć z ludźmi, których czasami rozpoznaję. Mają uśmiechnięte buzie. Na niektórych zdjęciach wyglądają starzej, a na innych młodziej. Na tych starszych, znajdujących się tu dłużej, są zdecydowanie młodsi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz