wtorek, 13 marca 2012

bajka dla dzieci o kucyku Kocyku i dziewczynie Amelii (part II)

~~~@

To już nie będzie bajka dla dzieci.
Bajki dla dzieci mają nauczać, być piękne, posiadać happy end...
Ta opowieść spełnia tylko jedno kryterium. Uczy.
Uczy, że miłość nie jest w stanie uchronić cię właściwie przed niczym.
Nie jest wystarczająco silna, aby schować cię przed złem, cierpieniem, końcem. Przed sobą.
Może jedynie starać się...
Starać się ukoić gorejącą ranę, jednak nie zda się to na nic, gdyż wykrwawiasz się.
Zostało niewiele kropli krwi, abyś zawitał do świata znajdującego się po drugiej stronie kurtyny.
I czy podoba ci się tam, czy nie - nie masz wyboru.
Zostajesz.


~~~~~@ c.d.

Złowrogi świst przeciął powietrze. Radość wypełniająca serce kucyka przytłumiła jego zmysły. Nie zachował czujności.
Przeklęte uczucie! Wykrzyknął Kocyk.
Słucham? Amelia nie zdawała sobie jeszcze sprawy z tego, co właśnie się działo. Było za ciemno żeby dziewczyna mogła ujrzeć sieć lecącą w kierunku jej przyjaciela.
Kucyk wierzgnął starając się uniknąć pułapki. Na nic się to zdało. Stalowa żyłka, z której owa sieć została wykonana oplotła różowe ciało wpijając się w nie, tnąc futerko, rozrywając skórę i mięso bajkowego stworzenia.
Amelia rzuciła się ku niemu z pomocą. Chwyciła żyłki sieci, które przecięły delikatne dłonie. Jej krew zmieszała się z krwią kucyka. Dziewczyna zignorowała piekący ból i rozejrzała się za jakimś ostrym przedmiotem. Jedynym co napotkał wyostrzony przez adrenalinę wzrok był kamień wielkości mandarynki. Chwyciła go i poczęła stukać w stalowe żyłki sieci z niewiarygodną mocą i siłą.
Wtem zrobiło się niewiarygodnie jasno. Musiała zmrużyć oczy i poczekać aż wzrok przyzwyczai się do ogromnego stężenia światła jarzeniowego. W każdym razie nie naturalnego.
Była otumaniona. Do przytępionego zmysłu słuchu dotarł dźwięk alarmu. Dźwięk ten słyszała tylko raz w swoim krótkim życiu. Było to dziesięć lat temu. Trzy dni po jej piątych urodzinach. To właśnie wtedy syreny wyły na alarm, ludzie chowali się w bunkrach, żołnierze wkroczyli do miasta.
Ten dzień mimo młodego wieku pamięta bardzo wyraźnie. To wtedy zabito jej najlepszego przyjaciela.
Wiernego psa, Alaskana malamuta imieniem Jerry.
Pamięta wzrok swojego pupilka kiedy jakaś dłoń w czarnej skórzanej rękawiczce wyrwała z jej dziecięcej rączki smycz. Oddali jej zresztą później tą smycz z powrotem. Obrożę nawet oddali, ale bez Jerry'ego. Jerry już nigdy nie wrócił. Już nigdy nie wtuliła się jego w puchate futerko. Już nigdy nie zdradziła nikomu swoich sekretów.
Malamut poszedł na rzeź. Łapa w łapę z innymi zwierzętami mieszkającym w mieście oraz okolicznych lasach. To było konieczne. Tak twierdzili dziwni ludzie w skórzanych rękawiczkach, pozbawieni emocji, o twarzach bez wyrazu. Jednakowych. Nieprzeniknionych.
Mówili o buncie zwierząt. Mówili, że zwierzęta napadły na sąsiednie miasto i powyrzynały jego mieszkańców. Co do joty.
"Nasze tez się zbuntują", mówili. "Pewnie są wszystkie są w zmowie".
Dla małej Amelii było to niezrozumiałe.
"Przecież mamusia i tatuś mówili, że Jerry nie rozumie, co się do niego mówi, nie myśli, a ksiądz na naukach powtarzał wielokrotnie, że zwierzęta nie mają duszy. Jak w takim razie mogą się zmawiać, skoro nie myślą i nie mają duszy?", myślała gorączkowo.
Nie wiedziała wtedy, że rodzice nieświadomie ją okłamali.
Nie wiedziała, że ludzie kłamią nawet jeśli kogoś kochają. Czasami właśnie dlatego kłamią. Dlatego powiedzieli jej, że Jerry pojechał do kuzyna z wizytacją.
Ona jednak wiedziała, że to kłamstwo. Wiedziała również, iż nawet najcięższe kłamstwo wybacza się, gdy wypowiedziane jest w dobrej wierze.
Dziewczynka nie wiedziała również, że źli ludzie kłamią, aby zrealizować swoje niecne uczynki.
Zwierzęta nie mogą się przecież zmawiać. To oczywiste. Ponadto jeśli ludzie są dobrzy to zwierzęta je kochają. Czemu miałby się buntować, zmawiać i wyrżnąć całe miasto?
Mieszkańcy jednak uwierzyli autorytetowi jakim jest władza i oddali swoich pupilów.
Dobrowolnie przenieśli się do zamkniętych i strzeżonych rygorystycznym prawem osad. Z uśmiechem na ustach i ulgą malującą się na twarzach dali się zamknąć w gettach. Pozwolili na to, aby stać się częścią doświadczenia - eksperymentu prowadzonego przez specjalistów działających za pozwoleniem rządu. Tylko, że wtedy o tym nie wiedzieli.
Czuli się bezpieczni za metalowym murem. Bariera ta nie uchroniła ich przed tym, co wyłapywały zmysły. Nocami słychać było skowyt byłych współmieszkańców, a w powietrzu miesiącami unosił się swąd palonej sierści.

Amelia zmusiła się do otwarcia oczu. Źrenice zwężały się od nadmiaru światła przez jakiś czas aż osiągnęły wielkość główki od szpilki.
Dopiero wtedy dziewczyna zauważyła, że nie jest z Kocykiem sama. Otoczeni byli przez dużych ludzi w czarnych skórzanych kombinezonach, butach i rękawiczkach. Na twarzach mieli maski.
Amalia powiodła wzrokiem po okolicy. Na obronnych metalowych murach umieszczone były ogromne lampy rzucające na plac białe światło. Ponadto cała osada przykryta była kloszem z grubej szyby.
Kocyku!, rozpaczliwie krzyknęła w myślach. Co robić?!
Kucyk jej nie odpowiedział. Już się nie wierzgał. Jego sierść straciła blask. Poszarzała. Taki los spotkał też obrazki "wyszyte" na jego pośladku.
Ludzie w kombinezonach zbliżyli się do bajkowego stworzenia. Zdjęli z niego sieć, złapali za niegdyś różowe kopytka i pociągnęli za sobą.
Gdzieś w ciemność.
Bo nagle wycie alarmu ucichło i światło zgasło. I nastały na nowo nieprzeniknione ciemności.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz