Drodzy mężczyźni.
Dziś Was nie lubię.
Przyznam szczerze, że przedstawiciele płci Waszej zawiedli mnie ostatnio.
Nie mam prawa niby osądzać ogółu po znajomości ułamka, jednakże nie obchodzi mnie to dziś.
Zupełnie i wcale.
Będę bezwzględna zatem.
Uwielbiałam Was.
To prawda.
Przeszła, zamierzchła, miniona.
Nie powróci zbyt szybko zapewne do mego serca ta ufność i wiara jaką w Was, drodzy mężczyźni, pokładałam.
Miałam kiedyś chłopaka. Wspaniałego i czułego...czasem.
Miałam kiedyś przyjaciela przeszło lat pięćdziesiąt temu, który zostawił mnie wtedy, kiedy potrzebowałam go najbardziej.
Miałam kiedyś...
Dziś jednak, gdy opuściliście mnie zgodnie i bezwzględnie nic już nie czuję.
Jestem wyprana z emocji.
Czyż to nie urocze?
Jak mam z godnością znieść fakt, iż traktujecie nas, kobiety, jak przedmioty?
Bawicie się w lalkarzy? Jesteśmy marionetkami?
Mam dość takiej kolei rzeczy.
Nie będę zmuszana do wyborów, podejmowania decyzji, między Wami, przyjaciółkami, napotkanymi przypadkiem ludźmi.
Wybieram siebie, za co zupełnie nie przepraszam.
sobota, 20 sierpnia 2011
czwartek, 18 sierpnia 2011
Starcie Żywiołów (cz.1)
AD
Porywisty wiatr targał połami długiego skórzanego płaszcza mężczyzny stojącego na skraju urwiska. Stale narastający ruch powietrza zupełnie Teremu nie przeszkadzał. Lubił stawiać opór Żywiołom Natury.
Wpatrując się w przepaść rozmyślał nad czynnikami wpływającymi na obrót spraw na jego planecie.
To właśnie Żywioły, mimo obecności innych uzdolnionych cudów Matki Natury, były najsilniejszymi jednostkami. Nierozważnymi jednak. Nazbyt dumnymi. Niepotrafiącymi rozsądnie kierować ruchem planety.
Tery zasępił się na chwilę przypominając sobie słowa, które mawiał jego mentor.
W rzeczywistości było ich więcej niż powszechnie uważano...
Niezliczona liczba nie dlatego, że duża ale temu, bo ciągle zmienna. Żywioły walczyły ze sobą likwidując się ostatecznie, rozszczepiając, deformując... Powstawały również nowe pod wpływem zmiany otoczenia, transformacji Matki Natury. Te małe były zbyt słabe, aby mieć znaczny wpływ na przebieg zdarzeń. W związku z tym liczyły się tylko cztery. Najważniejsze i najstarsze. Ziemia, Powietrze, Ogień i Woda.
Niczym czterej królowie zasiadali na tronach królestw rozstawionych na czterech krańcach planety władając wszystkim tym, czym mogli. Prowadzili nieustanne spory o granice wpływu a każdy dążył do poszerzenia terenu podległego ich panowaniu.
Nieraz schodzili z królewskich siedzisk by przechadzać się po swych włościach doglądając rozmaitych teraźniejszych, ale i przeszłych spraw oraz planując działania zapewniające wieczny triumf.
Stworzeni zostali aby władać wspólnie. Cztery różne temperamenty, moce i charaktery miały się nawzajem kontrolować ażeby zachować równowagę na planecie.
Byli jednakże przeciwnościami. Poczęli toczyć zatem walkę trwającą od setek stuleci. Czasem zawierali pakty, lecz Ogień z Wodą, Powietrze z Ziemią nie mogli się nigdy porozumieć.
Rozpoczęła się wojna stała i straszna, w której nie było miejsca na lojalność i uczciwe sojusze. Cztery potężne armie z bezwzględnymi dowódcami na czele niszczyły wszystko, co napotkały na swej drodze. Nikt nie miał prawa do neutralności.
Żywioły przybierały postać mieszkańców zamieszkiwanej planety. Ciała ich jednak były niezniszczalne a skóra różniła się nieznacznie od tej, którą posiadali śmiertelnicy. Była twarda ale cienka, jakoby ktoś nawlekł materiał, wykonany z niezniszczalnego tworzywa, na zbyt dużą rzecz.
Aktualnie trwała wojna, która porwała w wir walki również zwykłych rezydentów planety Ujum-Min. Wśród społeczeństwa powstały grupy opowiadające się za którymś z Żywiołów i walczące w jego imieniu. Planetę ogarnęły zamieszki. Przelewano krew niewinnych ludzi bez żadnego powodu. Nikt już nie pamiętał z czyjej winy rozpoczęto działania wojenne.
Świat spowiła gęsta mgła mroku. Na gruzach dawnego ładu powstał nowy - brudny, krwawy, barbarzyński, pozbawiony reguł i zasad.
W obliczu powstałej sytuacji kilkoro Ujum-minczyków postanowiło założyć zgrupowanie mające chronić bezbronnych obywateli.
Tancerze, by przetrwać i wykonywać misję, musieli zdobyć szacunek otoczenia. Środki po które sięgali winne być zatem brutalne a oni bezwzględni i bezlitośni.
Członkowie ugrupowania nie byli lubiani, lecz żaden ze zwykłych przestępców nie ważył się zmierzyć się z którymkolwiek z nich.
Tancerze byli elitarni, perfekcyjnie wyszkoleni, zdyscyplinowani i niewiarygodnie szybcy. Nazwa ugrupowania pochodziła od stylu walki. Mimo, iż każdy miał prawo wyboru broni wiodącej to technika obierana podczas starcia była precyzyjnie określona i opierająca się na jednakowych zasadach. Ruchy bojowników podczas starcia były lekkie, swobodne, zdecydowane, przepełnione gracją.
Tery był jednym z nich. Obecnie znajdował się w rejonie "z", gdzie pełnił wartę. Wypatrywał nadejścia zwolenników jednego z Żywiołów. Wiedział, że uderzą tej nocy, ponieważ utkał doskonałą sieć kontaktów oraz miał informatorów praktycznie w każdej warstwie społecznej i na większości, nawet tych najwyższych, szczebli grup oddanych Żywiołom.
Horyzont zaczął płonąć.
Chmara ludzi biegła z pochodniami wprost na niego podpalając wszystko, co napotkali po drodze. Po chwili cały plac u stóp Terego wypełniony był pomarańczowo-żółtymi językami.
Mężczyzna uniósł głowę wbijając wzrok w półkę skalną znajdującą się nieopodal. Znajdująca się tam postać trwała nieruchomo niczym posąg pozwalając aby włosy i szata, w którą była ubrana powiewały za nią na wietrze. Kiwnęła prawie niezauważalnie głową po czym rzuciła się w dół delikatnie lądując w samym sercu zamieszek. Nie upłynęło kilka sekund a Tery opadł tuż przy niej klękając na jednym kolanie i podpierając się dłonią, w której trzymał pistolet HK USP, o gorące podłoże. Wolną ręką wydobył z wewnętrznej kieszeni płaszcza drugi egzemplarz ulubionej broni.
Wyprostował się błyskawicznie i jednym ruchem odbezpieczył pistolety. Dziewczyna stała odwrócona plecami do niego z mieczem samurajskim wyciągniętym w stronę wroga. Sprawnym ruchem nadgarstków kręciła koła wywołując złowieszczy świat powietrza.
Tancerze rozpoczęli taniec śmierci tnąc, siekając, dziurawiąc, rozrywając przeciwników jednocześnie osłaniając siebie nawzajem.
Wirowali wśród ognia piruetami gasząc płomienie.
c.d.n. (?)
Porywisty wiatr targał połami długiego skórzanego płaszcza mężczyzny stojącego na skraju urwiska. Stale narastający ruch powietrza zupełnie Teremu nie przeszkadzał. Lubił stawiać opór Żywiołom Natury.
Wpatrując się w przepaść rozmyślał nad czynnikami wpływającymi na obrót spraw na jego planecie.
To właśnie Żywioły, mimo obecności innych uzdolnionych cudów Matki Natury, były najsilniejszymi jednostkami. Nierozważnymi jednak. Nazbyt dumnymi. Niepotrafiącymi rozsądnie kierować ruchem planety.
Tery zasępił się na chwilę przypominając sobie słowa, które mawiał jego mentor.
W rzeczywistości było ich więcej niż powszechnie uważano...
Niezliczona liczba nie dlatego, że duża ale temu, bo ciągle zmienna. Żywioły walczyły ze sobą likwidując się ostatecznie, rozszczepiając, deformując... Powstawały również nowe pod wpływem zmiany otoczenia, transformacji Matki Natury. Te małe były zbyt słabe, aby mieć znaczny wpływ na przebieg zdarzeń. W związku z tym liczyły się tylko cztery. Najważniejsze i najstarsze. Ziemia, Powietrze, Ogień i Woda.
Niczym czterej królowie zasiadali na tronach królestw rozstawionych na czterech krańcach planety władając wszystkim tym, czym mogli. Prowadzili nieustanne spory o granice wpływu a każdy dążył do poszerzenia terenu podległego ich panowaniu.
Nieraz schodzili z królewskich siedzisk by przechadzać się po swych włościach doglądając rozmaitych teraźniejszych, ale i przeszłych spraw oraz planując działania zapewniające wieczny triumf.
Stworzeni zostali aby władać wspólnie. Cztery różne temperamenty, moce i charaktery miały się nawzajem kontrolować ażeby zachować równowagę na planecie.
Byli jednakże przeciwnościami. Poczęli toczyć zatem walkę trwającą od setek stuleci. Czasem zawierali pakty, lecz Ogień z Wodą, Powietrze z Ziemią nie mogli się nigdy porozumieć.
Rozpoczęła się wojna stała i straszna, w której nie było miejsca na lojalność i uczciwe sojusze. Cztery potężne armie z bezwzględnymi dowódcami na czele niszczyły wszystko, co napotkały na swej drodze. Nikt nie miał prawa do neutralności.
Żywioły przybierały postać mieszkańców zamieszkiwanej planety. Ciała ich jednak były niezniszczalne a skóra różniła się nieznacznie od tej, którą posiadali śmiertelnicy. Była twarda ale cienka, jakoby ktoś nawlekł materiał, wykonany z niezniszczalnego tworzywa, na zbyt dużą rzecz.
Aktualnie trwała wojna, która porwała w wir walki również zwykłych rezydentów planety Ujum-Min. Wśród społeczeństwa powstały grupy opowiadające się za którymś z Żywiołów i walczące w jego imieniu. Planetę ogarnęły zamieszki. Przelewano krew niewinnych ludzi bez żadnego powodu. Nikt już nie pamiętał z czyjej winy rozpoczęto działania wojenne.
Świat spowiła gęsta mgła mroku. Na gruzach dawnego ładu powstał nowy - brudny, krwawy, barbarzyński, pozbawiony reguł i zasad.
W obliczu powstałej sytuacji kilkoro Ujum-minczyków postanowiło założyć zgrupowanie mające chronić bezbronnych obywateli.
Tancerze, by przetrwać i wykonywać misję, musieli zdobyć szacunek otoczenia. Środki po które sięgali winne być zatem brutalne a oni bezwzględni i bezlitośni.
Członkowie ugrupowania nie byli lubiani, lecz żaden ze zwykłych przestępców nie ważył się zmierzyć się z którymkolwiek z nich.
Tancerze byli elitarni, perfekcyjnie wyszkoleni, zdyscyplinowani i niewiarygodnie szybcy. Nazwa ugrupowania pochodziła od stylu walki. Mimo, iż każdy miał prawo wyboru broni wiodącej to technika obierana podczas starcia była precyzyjnie określona i opierająca się na jednakowych zasadach. Ruchy bojowników podczas starcia były lekkie, swobodne, zdecydowane, przepełnione gracją.
Tery był jednym z nich. Obecnie znajdował się w rejonie "z", gdzie pełnił wartę. Wypatrywał nadejścia zwolenników jednego z Żywiołów. Wiedział, że uderzą tej nocy, ponieważ utkał doskonałą sieć kontaktów oraz miał informatorów praktycznie w każdej warstwie społecznej i na większości, nawet tych najwyższych, szczebli grup oddanych Żywiołom.
Horyzont zaczął płonąć.
Chmara ludzi biegła z pochodniami wprost na niego podpalając wszystko, co napotkali po drodze. Po chwili cały plac u stóp Terego wypełniony był pomarańczowo-żółtymi językami.
Mężczyzna uniósł głowę wbijając wzrok w półkę skalną znajdującą się nieopodal. Znajdująca się tam postać trwała nieruchomo niczym posąg pozwalając aby włosy i szata, w którą była ubrana powiewały za nią na wietrze. Kiwnęła prawie niezauważalnie głową po czym rzuciła się w dół delikatnie lądując w samym sercu zamieszek. Nie upłynęło kilka sekund a Tery opadł tuż przy niej klękając na jednym kolanie i podpierając się dłonią, w której trzymał pistolet HK USP, o gorące podłoże. Wolną ręką wydobył z wewnętrznej kieszeni płaszcza drugi egzemplarz ulubionej broni.
Wyprostował się błyskawicznie i jednym ruchem odbezpieczył pistolety. Dziewczyna stała odwrócona plecami do niego z mieczem samurajskim wyciągniętym w stronę wroga. Sprawnym ruchem nadgarstków kręciła koła wywołując złowieszczy świat powietrza.
Tancerze rozpoczęli taniec śmierci tnąc, siekając, dziurawiąc, rozrywając przeciwników jednocześnie osłaniając siebie nawzajem.
Wirowali wśród ognia piruetami gasząc płomienie.
c.d.n. (?)
sobota, 6 sierpnia 2011
Ostatnie bicie serca
AD
To już trzeci rok odkąd nie płakała.
Precyzyjniej rzecz ujmując tysiąc dziewięćdziesiąty pierwszy dzień chylił się ku końcowi.
Nie pamiętała już smaku łez. Tego rozrywającego pierś uczucia rozpaczy. Odkąd zgodziła się oddać wszystko za zabranie emocji nie czuła praktycznie nic.
Odczuwała satysfakcję lub rozczarowanie, jednak niebyły one silne. Obecne tylko w życiu zawodowym. Stanowiły swoistego rodzaju nitro, bo gdyby ich nie było nie miałaby przecież motywacji.
Wyzbycie się uczuć miało ogromny wpływ na jej karierę. Nie miała skrupułów i, co najważniejsze, nie traciła cennego czasu na błahe przyjemności takie jak bezcelowe i długie spotkania z chłopcami. Utrzymywała z nimi relację tylko w dwóch celach: biznesowym i seksualnym. Pierwsze ceniła sobie bardzo, drugimi zaś gardziła ogromnie.
Popęd trzeba jednak zaspokajać niezależnie od tego jaki on jest.
Cały wolny czas poświęciła na naukę i rozwój, co opłaciło jej się ogromnie.
Miała 28 lat, zamknięty przewód doktorski i pracę jako młodszy specjalista w rządowym zakładzie fizyki nuklearnej objętym najwyższym stopniem tajności.
Trzy lata temu jej kariera nie zapowiadała się tak owocnie. Ale wtedy była zupełnie inną osobą. Bardzo emocjonalną. Często się zakochiwała i tak samo często odkochiwała. Targały nią skrajne uczucia zdecydowanie częściej niż jej rówieśników. Albo radość, albo cierpienie.
A wszystko to dotykało ją intensywniej od innych ludzi. Każda łza rozpaczy była brzytwą, łza radości zaś - opatrunkiem. Naprzemiennie to okaleczała się to leczyła.
Izabella patrzyła sercem. To ono zwykle dominowało nad mózgiem.
- Lepiej kochać i cierpieć, niż nigdy nie zaznać miłości - lubiła mawiać.
Kolejny mężczyzna którego pokochała miłością intensywną, jednak nieszczęśliwą nigdy do końca do niej nie należał.
Ich ścieżki nie miały prawa się połączyć, mimo iż on odwzajemniał jej uczucie. A może to była zwykła fascynacja? Pospolity pociąg do zakazanego owocu?
O tym się nigdy nie mieli przekonać. Los pisze swoją księgę wydarzeń nie bacząc na to, czy dobrze się ją czyta. Ma być efektowna i skomplikowana.
Ludzie są bowiem tylko zabawkami w jego rękach. Wytworami jego wyobraźni. Zranić zatem ich nie można skoro nie istnieją.
Los litował się, jednak czasem nad bohaterami swojej powieści.
Ulitował się również nad dziewczyną opłakującą tragiczną śmierć swego ukochanego.
Tak długo błagała, obiecywała wszystko co miała, czyli nic znaczącego, nic przydatnego kapryśnemu Losowi. Usłuchał, jednak łaskawie i spełnił prośbę.
Odebrał młodej kobiecie emocje i uczucia zamykając je w kryształowej kuli. Odtąd jej serce było martwe. Pompowało tylko krew.
- To może być ciekawa historia. O tym jeszcze nie pisałem - Los podrapał się po głowie żółtym ołówkiem z różową gumką usiłując sobie przypomnieć, czy opisywał już taki przypadek - o ile pamięć mnie nie zawodzi...tego jeszcze nie było! - Krzyknął uradowany.
Obrócił ołówkiem i zaczął zawzięcie skrobać nim po stronicach księgi chichocząc co jakiś czas pod nosem.
Iza pierwszy raz spotkała Doriana na jednej ze studenckich imprez. Był wysokim niebieskookim blondynem o twardych bicepsach. Odbiegał zatem znacznie od gustu Izabelli, która preferowała wiotkich brunetów o oliwkowej karnacji typowej dla mieszkańców Półwyspu Bałkańskiego.
Nowo poznany chłopak wydawał się nazbyt narcystyczny i zadufany w sobie. Często ironizował i był uszczypliwy, więc dziewczyna nie mogła do końca odprężyć się w jego towarzystwie. Nigdy nie wiedziała czy słowa, które zaraz padną z jego ust będą miłe czy może nieprzyjemne.
Czuła się atakowana zatem dzielnie parowała ciosy i starała się zastosować skuteczną ofensywę. On natomiast zdawał się bawić tą całą sytuacją, co wprawiało ją w głęboką irytację.
- Bawią mnie takie małe kąsające dziewczynki – śmiał się, gdy usiłowała wbić słowną szpilkę.
Nie wiedziała czemu w ogóle z nim rozmawia, choć trzeba przyznać, że mimo wszystko lubiła prowadzić z nim dyskusje.
A na dodatek był cynikiem. Ci zaś byli niezmiernie pociągający.
Im więcej czasu spędzała z młodym mężczyzną tym bardziej się do niego przekonywała. Zauważyła, że mają mnóstwo wspólnego. Podobne postrzeganie świata, podejście do różnych spraw, opinie na dane tematy.
Dzięki temu było jej łatwiej. Wiedziała przynajmniej, że nie jest osamotniona w swoich poglądach i odczuciach.
I śmiała się znacznie częściej niż przy innych chłopcach. Mimo sporadycznych spotkań ich relacje nabrały na intensywności i przerodziły się w przyjaźń. Wydawałoby się, że stabilną jak stuletni dąb.
Figlarski Los znudził się wkrótce tym przyjacielskim obrazkiem i nasłał huragan na jedyną ostoję spokoju pośród piaszczystych zasp smutku, komplikacji i niezrozumienia.
Niewinne dotychczas relacje uległy zmianie. Żadne z nich nie zorientowało się, że wiatr zmienił kierunek. Pewnej wyjątkowo mroźnej zimowej nocy podczas narciarskiego wypadu do Siegsdorf otuleni kocem, pijąc czerwone półwytrawne wino przy wesoło pląsających płomieniach w kominku Iza oparła głowę na ramieniu Doriana. Jego ręka gładziła ramię dziewczyny, po czym powędrowała wyżej do jej długich czarnych włosów pieszcząc je delikatnie. Serca zaczęły bić szybciej, oddechy stały się krótsze i częstsze. Dłoń kobiety znalazła wolną dłoń mężczyzny. Ich palce splotły się razem...
Po tym incydencie nie czuli się swobodnie, jak niegdyś, w swoim towarzystwie. Ich stosunki uległy ochłodzeniu a spotkania ograniczyli do minimum.
- Dorian nie żyje – wspólny znajomy byłych przyjaciół zadzwonił do Izy.
Milczała.
Dorian...
Dorian...Co?
- Powiesił się – kontynuował chłopak. - Jesteś tam?
- Jestem... tylko... – dukała zdezorientowana – dlaczego?
- Nie wiem. Chcesz pogadać?
- Nie... Ja...
Sygnał zakończonego połączenia rozległ się w słuchawce dostarczyciela tragicznej wiadomości.
Izabella stała nieruchomo wpatrując się w przestrzeń. Powoli docierało do niej co się stało. Zapomniała oddychać. Gdy się ocknęła wzięła głęboki haust powietrza a jej oczy powoli wypełniały się łzami. Upadła na ziemię jak bezwładna kukła ze szklistym spojrzeniem.
Wyglądała dokładnie jak porcelanowa lalka. Blada cera, okrągłe szmaragdowe oczy, lśniące długie i proste czarne włosy z równo podciętą grzywką. Niczym porcelanowa lalka z wystawy sklepu z lalkami z XIX wieku. Tylko na policzkach zabrakło rumieńców.
Skurcz rozpaczy targnął jej ciałem. Zwinęła się w kłębek kolanami dotykając brody.
- To sen, to sen – powtarzała sobie próbując uwierzyć swoim słowom – chcę się obudzić!
Naprzemiennie odgłosy łkania, krzyków, jęków to chwile rozdzierającej ciszy wypełniały mieszkanie dziewczyny.
- Szybko ci bije serce.
- Nie zauważyłem.
- Tak jak dzieciom. Ich serca biją szybciej niż dorosłych. Nigdy nie słyszałeś bicia swojego serca?
- Słyszałem. Nie słyszałem po prostu innych.
Któregoś wypełnionego bólem i żalem wieczora Izabella błagała, aby ktoś ją uratował. Żeby nic już nie czuła. Żeby przestała w końcu cierpieć.
Los wysłuchał jej próśb.
Nagle żałość ustała, rozpacz odeszła. Nie czuła nic. Zupełnie nic, oprócz głodu.
Podniosła się z podłogi i rozejrzała po brudnym, zaniedbanym pokoju.
- To niedorzeczne żeby doprowadzić się do takiego stanu – mruknęła poirytowana kierując się w stronę lodówki. - Ale jestem głodna!
Trzy lata to dużo czasu. Można je spędzić na różne sposoby. Te trzy lata wypełnione były pustką.
Izabella wysypała tabletki nasenne na biurko przy którym siedziała.
Ktoś kto nie ma uczuć nie czuje i strachu.
Usta dziewczyny rozciągnęły się w wymuszonym grymasie uśmiechu. Pamiętała jeszcze jak to się robi. Głos jaki wydobył się z jej gardła nie przypominał śmiechu. Był raczej nieudaną, z góry skazaną na porażkę, próbą wydania ów radosnego dźwięku.
- Ile tabletek pomoże mi zasnąć snem wiecznym? - Zaśpiewała układając pigułki w rzędzie.
Wstała z krzesła i przeszła się po swoim gabinecie. Podeszła do okna. Próbowała zachwycić się widokiem za zewnątrz, jednak nie zauważyła w nim nic nadzwyczajnego.
Ruszyła dalej. Zatrzymała się przy barku, z którego wyciągnęła swoje ulubione Porto i z butelką wróciła na miejsce. Napełniła szklaneczkę ciemnoczerwonym płynem.
Jedna tabletka, jeden łyk.
Ile dane jej będzie rozkoszować się tym znakomitym trunkiem?
Zamrugała oczami. Spróbowała uronić łzę. Choć jedną ostatnią łzę. Bezskutecznie.
Dudnienie w piersi stało się szybsze i mocniejsze jakby serce próbowało wyrwać się na wolność.
- Szybko ci bije serce.
Tabletka, łyk.
- Nie zauważyłem.
Tabletka, łyk.
- Tak jak dzieciom. Ich serca biją szybciej niż dorosłych. Nigdy nie słyszałeś bicia swojego serca?
Garść tabletek.
- Słyszałem...
Pusta szklanka upadła na podłogę.
- Nie słyszałem po prostu innych.
Dudnienie ustało.
To już trzeci rok odkąd nie płakała.
Precyzyjniej rzecz ujmując tysiąc dziewięćdziesiąty pierwszy dzień chylił się ku końcowi.
Nie pamiętała już smaku łez. Tego rozrywającego pierś uczucia rozpaczy. Odkąd zgodziła się oddać wszystko za zabranie emocji nie czuła praktycznie nic.
Odczuwała satysfakcję lub rozczarowanie, jednak niebyły one silne. Obecne tylko w życiu zawodowym. Stanowiły swoistego rodzaju nitro, bo gdyby ich nie było nie miałaby przecież motywacji.
Wyzbycie się uczuć miało ogromny wpływ na jej karierę. Nie miała skrupułów i, co najważniejsze, nie traciła cennego czasu na błahe przyjemności takie jak bezcelowe i długie spotkania z chłopcami. Utrzymywała z nimi relację tylko w dwóch celach: biznesowym i seksualnym. Pierwsze ceniła sobie bardzo, drugimi zaś gardziła ogromnie.
Popęd trzeba jednak zaspokajać niezależnie od tego jaki on jest.
Cały wolny czas poświęciła na naukę i rozwój, co opłaciło jej się ogromnie.
Miała 28 lat, zamknięty przewód doktorski i pracę jako młodszy specjalista w rządowym zakładzie fizyki nuklearnej objętym najwyższym stopniem tajności.
Trzy lata temu jej kariera nie zapowiadała się tak owocnie. Ale wtedy była zupełnie inną osobą. Bardzo emocjonalną. Często się zakochiwała i tak samo często odkochiwała. Targały nią skrajne uczucia zdecydowanie częściej niż jej rówieśników. Albo radość, albo cierpienie.
A wszystko to dotykało ją intensywniej od innych ludzi. Każda łza rozpaczy była brzytwą, łza radości zaś - opatrunkiem. Naprzemiennie to okaleczała się to leczyła.
Izabella patrzyła sercem. To ono zwykle dominowało nad mózgiem.
- Lepiej kochać i cierpieć, niż nigdy nie zaznać miłości - lubiła mawiać.
Kolejny mężczyzna którego pokochała miłością intensywną, jednak nieszczęśliwą nigdy do końca do niej nie należał.
Ich ścieżki nie miały prawa się połączyć, mimo iż on odwzajemniał jej uczucie. A może to była zwykła fascynacja? Pospolity pociąg do zakazanego owocu?
O tym się nigdy nie mieli przekonać. Los pisze swoją księgę wydarzeń nie bacząc na to, czy dobrze się ją czyta. Ma być efektowna i skomplikowana.
Ludzie są bowiem tylko zabawkami w jego rękach. Wytworami jego wyobraźni. Zranić zatem ich nie można skoro nie istnieją.
Los litował się, jednak czasem nad bohaterami swojej powieści.
Ulitował się również nad dziewczyną opłakującą tragiczną śmierć swego ukochanego.
Tak długo błagała, obiecywała wszystko co miała, czyli nic znaczącego, nic przydatnego kapryśnemu Losowi. Usłuchał, jednak łaskawie i spełnił prośbę.
Odebrał młodej kobiecie emocje i uczucia zamykając je w kryształowej kuli. Odtąd jej serce było martwe. Pompowało tylko krew.
- To może być ciekawa historia. O tym jeszcze nie pisałem - Los podrapał się po głowie żółtym ołówkiem z różową gumką usiłując sobie przypomnieć, czy opisywał już taki przypadek - o ile pamięć mnie nie zawodzi...tego jeszcze nie było! - Krzyknął uradowany.
Obrócił ołówkiem i zaczął zawzięcie skrobać nim po stronicach księgi chichocząc co jakiś czas pod nosem.
Iza pierwszy raz spotkała Doriana na jednej ze studenckich imprez. Był wysokim niebieskookim blondynem o twardych bicepsach. Odbiegał zatem znacznie od gustu Izabelli, która preferowała wiotkich brunetów o oliwkowej karnacji typowej dla mieszkańców Półwyspu Bałkańskiego.
Nowo poznany chłopak wydawał się nazbyt narcystyczny i zadufany w sobie. Często ironizował i był uszczypliwy, więc dziewczyna nie mogła do końca odprężyć się w jego towarzystwie. Nigdy nie wiedziała czy słowa, które zaraz padną z jego ust będą miłe czy może nieprzyjemne.
Czuła się atakowana zatem dzielnie parowała ciosy i starała się zastosować skuteczną ofensywę. On natomiast zdawał się bawić tą całą sytuacją, co wprawiało ją w głęboką irytację.
- Bawią mnie takie małe kąsające dziewczynki – śmiał się, gdy usiłowała wbić słowną szpilkę.
Nie wiedziała czemu w ogóle z nim rozmawia, choć trzeba przyznać, że mimo wszystko lubiła prowadzić z nim dyskusje.
A na dodatek był cynikiem. Ci zaś byli niezmiernie pociągający.
Im więcej czasu spędzała z młodym mężczyzną tym bardziej się do niego przekonywała. Zauważyła, że mają mnóstwo wspólnego. Podobne postrzeganie świata, podejście do różnych spraw, opinie na dane tematy.
Dzięki temu było jej łatwiej. Wiedziała przynajmniej, że nie jest osamotniona w swoich poglądach i odczuciach.
I śmiała się znacznie częściej niż przy innych chłopcach. Mimo sporadycznych spotkań ich relacje nabrały na intensywności i przerodziły się w przyjaźń. Wydawałoby się, że stabilną jak stuletni dąb.
Figlarski Los znudził się wkrótce tym przyjacielskim obrazkiem i nasłał huragan na jedyną ostoję spokoju pośród piaszczystych zasp smutku, komplikacji i niezrozumienia.
Niewinne dotychczas relacje uległy zmianie. Żadne z nich nie zorientowało się, że wiatr zmienił kierunek. Pewnej wyjątkowo mroźnej zimowej nocy podczas narciarskiego wypadu do Siegsdorf otuleni kocem, pijąc czerwone półwytrawne wino przy wesoło pląsających płomieniach w kominku Iza oparła głowę na ramieniu Doriana. Jego ręka gładziła ramię dziewczyny, po czym powędrowała wyżej do jej długich czarnych włosów pieszcząc je delikatnie. Serca zaczęły bić szybciej, oddechy stały się krótsze i częstsze. Dłoń kobiety znalazła wolną dłoń mężczyzny. Ich palce splotły się razem...
Po tym incydencie nie czuli się swobodnie, jak niegdyś, w swoim towarzystwie. Ich stosunki uległy ochłodzeniu a spotkania ograniczyli do minimum.
- Dorian nie żyje – wspólny znajomy byłych przyjaciół zadzwonił do Izy.
Milczała.
Dorian...
Dorian...Co?
- Powiesił się – kontynuował chłopak. - Jesteś tam?
- Jestem... tylko... – dukała zdezorientowana – dlaczego?
- Nie wiem. Chcesz pogadać?
- Nie... Ja...
Sygnał zakończonego połączenia rozległ się w słuchawce dostarczyciela tragicznej wiadomości.
Izabella stała nieruchomo wpatrując się w przestrzeń. Powoli docierało do niej co się stało. Zapomniała oddychać. Gdy się ocknęła wzięła głęboki haust powietrza a jej oczy powoli wypełniały się łzami. Upadła na ziemię jak bezwładna kukła ze szklistym spojrzeniem.
Wyglądała dokładnie jak porcelanowa lalka. Blada cera, okrągłe szmaragdowe oczy, lśniące długie i proste czarne włosy z równo podciętą grzywką. Niczym porcelanowa lalka z wystawy sklepu z lalkami z XIX wieku. Tylko na policzkach zabrakło rumieńców.
Skurcz rozpaczy targnął jej ciałem. Zwinęła się w kłębek kolanami dotykając brody.
- To sen, to sen – powtarzała sobie próbując uwierzyć swoim słowom – chcę się obudzić!
Naprzemiennie odgłosy łkania, krzyków, jęków to chwile rozdzierającej ciszy wypełniały mieszkanie dziewczyny.
- Szybko ci bije serce.
- Nie zauważyłem.
- Tak jak dzieciom. Ich serca biją szybciej niż dorosłych. Nigdy nie słyszałeś bicia swojego serca?
- Słyszałem. Nie słyszałem po prostu innych.
Któregoś wypełnionego bólem i żalem wieczora Izabella błagała, aby ktoś ją uratował. Żeby nic już nie czuła. Żeby przestała w końcu cierpieć.
Los wysłuchał jej próśb.
Nagle żałość ustała, rozpacz odeszła. Nie czuła nic. Zupełnie nic, oprócz głodu.
Podniosła się z podłogi i rozejrzała po brudnym, zaniedbanym pokoju.
- To niedorzeczne żeby doprowadzić się do takiego stanu – mruknęła poirytowana kierując się w stronę lodówki. - Ale jestem głodna!
Trzy lata to dużo czasu. Można je spędzić na różne sposoby. Te trzy lata wypełnione były pustką.
Izabella wysypała tabletki nasenne na biurko przy którym siedziała.
Ktoś kto nie ma uczuć nie czuje i strachu.
Usta dziewczyny rozciągnęły się w wymuszonym grymasie uśmiechu. Pamiętała jeszcze jak to się robi. Głos jaki wydobył się z jej gardła nie przypominał śmiechu. Był raczej nieudaną, z góry skazaną na porażkę, próbą wydania ów radosnego dźwięku.
- Ile tabletek pomoże mi zasnąć snem wiecznym? - Zaśpiewała układając pigułki w rzędzie.
Wstała z krzesła i przeszła się po swoim gabinecie. Podeszła do okna. Próbowała zachwycić się widokiem za zewnątrz, jednak nie zauważyła w nim nic nadzwyczajnego.
Ruszyła dalej. Zatrzymała się przy barku, z którego wyciągnęła swoje ulubione Porto i z butelką wróciła na miejsce. Napełniła szklaneczkę ciemnoczerwonym płynem.
Jedna tabletka, jeden łyk.
Ile dane jej będzie rozkoszować się tym znakomitym trunkiem?
Zamrugała oczami. Spróbowała uronić łzę. Choć jedną ostatnią łzę. Bezskutecznie.
Dudnienie w piersi stało się szybsze i mocniejsze jakby serce próbowało wyrwać się na wolność.
- Szybko ci bije serce.
Tabletka, łyk.
- Nie zauważyłem.
Tabletka, łyk.
- Tak jak dzieciom. Ich serca biją szybciej niż dorosłych. Nigdy nie słyszałeś bicia swojego serca?
Garść tabletek.
- Słyszałem...
Pusta szklanka upadła na podłogę.
- Nie słyszałem po prostu innych.
Dudnienie ustało.
wtorek, 2 sierpnia 2011
Marionetki z Obnośnego Teatru Lalek
AD
- Ładnie wygląda Klara. Nic nie widać. Naprawdę. Dobrze, że ją naprawiłeś. - Drżącym głosem powiedziała Marlena.
Stała w drzwiach z wzrokiem wbitym w stopy. Michaił odwrócony był do niej plecami. Nie miał zamiaru patrzeć jej w twarz. Nie po tym co zrobiła. Kochał ją, jednak czasem zachowywała się jak mała dziewczynka. W rękach trzymał marionetkę delikatnie pieszcząc ją palcami.
- A co innego mogłem zrobić? - Jego głos był zimny i oschły. - Skrzywdziłaś ją.
- Och Misza ... nie skrzywdziłam. Nie mogłam. To tylko lalka!
- Nie obchodzi mnie co o tym sądzisz! - Krzyknął, lecz po chwili opanował emocje. - Mówiłem Ci, że one żyją. Może twoja uważa, że nie jesteś godna, albo najzwyczajniej w świecie cię nie lubi. Jak teraz na to wszystko patrzę to uważam, że to dobry pomysł. Też udawałbym, że nie żyję gdyby to wystarczyło żebyś się ode mnie odczepiła.
Wiedział, że te słowa ranią. Wiedział, że ból nie zniknie jeszcze długo z delikatnego serca Marleny. W tym momencie nie dbał o to. Prawdę mówiąc czerpał ogromną przyjemność i satysfakcję z ranienia ukochanej. Klara też ma przecież uczucia.
- Misza... Przepraszam. - Dziewczyna podniosła głowę i wbiła spojrzenie w plecy chłopaka. Pragnęła, aby się odwrócił i na nią spojrzał. Byli przyjaciółmi i wierzyła, że widok jej łez złagodzi postawę chłopaka. Zamrugała powiekami, by pobudzić kanaliki łzowe. Na wszelki wypadek, gdyby postanowił uraczyć ją swym spojrzeniem.
- Przeproś Klarę, choć nie wiem czy zechce słuchać twoich słów.
Nastała cisza. Michaił czuł palący wzrok Marleny na plecach, jednak nie miał zamiaru ulegać.
- Zatem idź już. Za chwilę masz wejście. Przygotuj lepiej Mirabelę.
Marlena stała jeszcze kilka ułamków sekundy po czym odwróciła się na pięcie i bez słowa, z uniesioną wysoko głową opuściła izbę.
Gdy odgłos jej obcasów ucichł Misza posadził czule Klarę na łóżku.
- Ona kiedyś uwierzy. Trzeba dać jej czas...
- Co ona w sobie takiego ma? Ile szans będziesz jej jeszcze dawać? Ile będziesz czekać aż zobaczy, że ja kochasz? Ile aż cię pokocha?
- Aż to się stanie. Tak długo jak będę musiał, droga Klaro. - zasępił się. - Dlaczego ona was nie słyszy?
- Bo nie chce. I nie zmienisz tego, mój panie. Jej serce jest zatrute. Ona nie patrzy duszą.
Marlena rozczesywała nitkowe włosy swojej marionetki zastanawiając się nad słowami Miszy.
Czy mówił prawdę? Chciał się pozbyć jej ze swojego życia?
- Nie, na pewno nie. - Wyszeptała do siebie kręcąc w zamyśleniu głową.
Wypowiedział te słowa w gniewie pałając żądzą krwi.
Wiedziała, że ją kocha. Uczucie jakie do niej żywił ułatwiało jej wiele spraw. Lubiła go, ale bez przesady. Miała dopiero 17 lat i nie chciała się wiązać z żadnym mężczyzną. Misza był starszy o cztery lata i w jego wypadku chęć znalezienia małżonki była całkiem zrozumiała. Tendencja do wczesnych ślubów panowała wśród mieszkańców Obnośnego Teatru Lalek.
Marlena była w odpowiednim wieku do zamążpójścia, jednak bardzo stanowczo odmawiała zalotnikom. Nie miała rodziców, więc nikt nie mógł jej tego nakazać. Jedynie dyrektor teatru, lecz on uwielbiał jej młode ciało a kierująca się sprytem dziewczyna oznajmiła, iż straci je jeśli ona stanie się własnością mężczyzny.
Nie chciała grzecznie wykonywać nakazów męża w dzień oraz niezmiennie zadowalać go nocą.
Gdyby oddała rękę któremuś z tutejszych mężczyzn nie czerpałaby takiej przyjemności z seksu, ponieważ oni przestaliby się już starać.
Podniosła swoją lalkę na wysokość wzroku. Marlena poczęła intensywnie wpatrywać się w zielone oczy Mirabeli. Wydawały się tak samo martwe jak wcześniej. Jak zwykle.
- Och, Mirabelko. Jakżebym chciała mieć w tobie troszkę większe oparcie. Widzę w tobie przyjaciółkę, to jasne, jednak tak bardzo chciałabym byś mogła mówić. Dziewczyna czasem potrzebuje opinii innej dziewczyny. - Pogładziła adresatkę tych słów po świeżo rozczesanych włosach. - Och, Mirabelko... Jak pięknie by było gdyby Miszka miał rację. Mogłabym mieć wtedy taką namiastkę mamy lub siostry, której zawsze pragnęłam.
Marlena uważała, że dziewczyny nie są zdolne do przyjaźni. Nie było to prawdą oczywiście. Dziewczyny, które zamieszkiwały Obnośny Teatr Lalek nie były zdolne do przyjaźnie z nią, gdyż zwyczajnie jej nie lubiły. Budziła w nich też dziwne, niechciane emocje takie jak lęk i pożądanie. Była inna niż one. Nie chciała służyć mężczyzną i, o zgrozo, uważała, iż stosunek płciowy powinien przysparzać rozkoszy obu stronom. Dawać przyjemność i satysfakcję, inną niż wypełnienie obowiązku, kobiecie. Dla tamtejszych kobiet była to herezja. Jedynymi osobami mającymi odczuwać rozkosz z pożycia seksualnego są mężczyźni. Rolą kobiet jest im służyć i być wdzięcznym za opiekę, łaskawe przyjęcie w swe silne ramiona.
Drzwi do garderoby otworzyły się z impetem. Do izby wpadł zarządca teatru, Jarzy Satnori.
- Marlena, na scenę.
Dziewczyna posłusznie wstała i ruszyła w stronę drzwi.
- A później przyjdziesz do mnie. Musimy omówić kilka spraw.
- A jakich, jeśli można wiedzieć?
- Lalkarze się skarżą. Co w ciebie wstąpiło?
- Oj szefie, szefie. Skąd ten pomysł? Może to w nich coś wstąpiło? - Odparła z drwiącym uśmiechem na ustach opuszczając pokój.
- Zniszczyłam trzy lalki, bo ci lalkarze zupełnie powariowali! Twierdzą, że one żyją. - Tłumaczyła poirytowana.
- To nie powód żeby niszczyć marionetki, Marlenko. Nie można tak robić. - powiedział zrezygnowany zarządca. Wziął głęboki oddech po czym wyprostował się i rzekł przybierając ton za pomocą którego udziela się reprymendy. - Jeśli jeszcze raz się to powtórzy to będę zmuszony ...
- Ukarać mnie? - Dziewczyna podniosła się z krzesła i powoli podeszła do biurka za którym zasiadał mężczyzna. Oparła dłonie o blat i zbliżyła twarz do jego twarzy. - Zaczynaj, szefie. - Westchnęła głęboko, z nieukrywaną ironią. - Zniosę każdą, nawet największą, karę.
Wspięła się na mebel, usadawiając się tak, że jego korpus znalazł się między jej udami.
Zarządca odsunął się na krześle, wstał i obszedł biurko. Stanął za plecami dziewczyny, złapał ją za ramiona i uniósł lekko w górę, by po chwili postawić na ziemi.
- Teraz wyjdź, proszę. - Powiedział cicho, lecz stanowczo dłonią wskazując w kierunku drzwi.
Gdy został sam w gabinecie opadł na sofę znajdującą się pod ścianą. Miał zamknięte oczy i rzęsy lekko wilgotne od łez.
Nie mógł patrzeć na to, co Marlena wyprawia. Nie miał jednak nad nią żadnej władzy. Po śmierci matki dziewczyna została zupełnie sama. To było dwa lata temu. Miała wtedy skończone 15 lat, co według zasad panujących w Teatrze oznaczało, iż jest już zdolna do pracy i potrafi o siebie zadbać.
Nieformalnie czuwał nad nią zarządca, który był długoletnim znajomym jej matki – Hanny. To dlatego na większość wybryków osamotnionej nastolatki przymykano oko.
Hanna była piękną kobietą. Gwiazdą Obnośnego Teatru Lalek, najlepszą w całym okręgu, którą praktycznie wszyscy darzyli ciepłymi uczuciami.
Wraz z marionetką Martą stanowiły gwóźdź programu. Dzięki ich występom teatr cieszył się ogromną popularnością, także po śmierci aktorki.
Były niezastąpione. Ludzie twierdzili, że marionetka ożywa w sprawnych palcach Hanny.
Nikt nie znał tożsamości mężczyzny, który zapłodnił aktorkę. Nie znała jej nawet najbardziej zainteresowana. Albo znać nie chciała. Kobieta byłą bardzo otwarta, bezpruderyjna i, jak na prawdziwą gwiazdę przystało, lubowała się w wysokoprocentowych trunkach. Często uczestniczyła w dancingach i nie pamiętała znacznej części ich przebiegu.
Kochała córkę prawie tak mocno jak swoją Martę. Dziewczynka jednak zdawała sobie sprawę z tego, że jest na drugim miejscu. Wiedza ta była nawozem dla kiełkującej w jej młodym sercu nienawiści do teatralnych lalek.
Trudno się dziwić zważywszy na fakt, iż to one były przyczyną śmierci mamy.
Hannę znaleziono pewnego dnia w swojej garderobie bez żadnych oznak życia. Bezwładne ciało, któremu brutalnie skradziono dech otulone było jedwabnym szlafrokiem w kolorze fuksji. Wokół szyi denatki okręciły się żyłki od jej ukochanej marionetki. Marta wtulona w pierś kobiety zdawała się uśmiechać.
Tragiczna śmierć Hanny wstrząsnęła dotychczas grzeczną Marleną. Chciała odejść z teatru, jednak wiedziała, że nie poradzi sobie w normalnym świecie.
Dotychczas odmawiała udziału w sztukach, ale teraz, kiedy zabrakło jej matki, dziewczynka zmuszona była występować. Miała talent, którym całą sobą gardziła.
- Musi ponieść karę, Miszka. - Oznajmiła Klara.
- Musi ponieść karę, Marlo. - Wtórowała Anabel.
- Musi ponieść karę, Filipie. - Zaśpiewała Natalka.
- Ta dziewczyna nie może krzywdzić bezkarnie lalek. Ujdzie jej to znów na sucho, bo każdemu daje dupy? - Zaskrzeczała Klara po czym zamilkła.
Spojrzała w kąt izby, gdzie na wielkiej starej skrzyni siedziała, jak na królewskim tronie, zadbana marionetka o porcelanowej twarzyczce, różowych policzkach, długich rudych lokach i wielkich brązowych oczach. Była najpiękniejszą z nich wszystkich i zdecydowanie najdokładniej wykonaną. Żaden szczegół nie został pominięty. Zdawała się drwiąco uśmiechać drobnymi czerwonymi ustkami. Miała nawet urocze dołeczki.
Po tragicznej śmierci jej właścicielki aktorzy przestali bezgranicznie im zawierzać. Podświadomie odczuwali paniczny i nieopisany lęk podczas samotnych chwil sam na sam z którąś z teatralnych lalek. Marcie taki stan rzeczy nie odpowiadał zupełnie. Potrzebowała ludzi, aby móc odzyskać dawno utraconą pełnie sił i moc.
Precyzyjniej rzecz ujmując najbardziej pożądana była kobieca krew. Ich posoka dodawała więcej witalności niż ta męska, ponieważ były one z natury silniejsze. A najlepiej gdy właścicielkami były nowoczesne, pewne siebie, pełne energii kobiety.
Mieszkańcy teatru unikali dłuższego kontaktu z marionetkami, ograniczając się tylko do obowiązkowych udziałów w przedstawieniach.
Z tymi młodymi lalkarzami było jednak inaczej. Poczęli oni pracować dopiero rok po przykrym incydencie w garderobie ówczesnej gwiazdy. Znali historię, lecz nie byli bezpośrednimi świadkami owego wydarzenia. Nie byli emocjonalnie związani.
Nikt im również nie powiedział o dziwnym wypadku jaki spotkał starego lalkarza i jego żonę, krawcową. Uznano to za przypadkowy zbieg okoliczności i nie chciano straszyć jedynych chętnych na te stanowiska.
Otóż żadnego przypadku nie było. Przypadki nie istnieją.
Pół roku po tym jak Hanna pożegnała się ze światem żywych lalkarz i krawcowa również zasilili szeregi zmarłych. Trzy zgony w przeciągu sześciu miesięcy można odebrać jako działania strasznego losu. Siły wyższej, nadprzyrodzonej. Otóż właśnie - nadprzyrodzonej.
Małżeństwo znaleziono w warsztacie. Ich ciała były zimne jak lód i twarde jak kamień. Widać, że życie uszło z nich bezpowrotnie.
Stary mężczyzna umarł na zawał serca. Takie rzeczy zdarzają się w podeszłym wieku. Krawcowa udusiła się. Przypuszczano, iż zobaczyła, że jej mąż źle się czuje i rzuciła mu się do pomocy. Niefortunnie zaplątała się w żyłki służące do sterowania marionetkami. Nie miała wystarczająco siły, aby się uwolnić. Może upadając uderzyła się w głowę i zemdlała? W każdym razie dopływ powietrza został odcięty i kobieta zmarła.
W rzeczywistości sytuacja była odwrotna. Serce biednego staruszka nie wytrzymało okropnego widoku, jaki z pewnością musiała stanowić sina na twarzy krawcowa szamocząca się z lalkami po izbie.
Chłopcy kochali swoją pracę. Kochali „małe aktoreczki”, jak zwykli o nich mawiać.
Mieli też mały sekret, który lalki postanowiły wykorzystać.
Cała trójka kochała też jeszcze kogoś.
Żaden nie zdawał sobie sprawy z tajemnicy pozostałych.
Marionetki początkowo cierpliwie słuchały zwierzeń, a gdy uznały to za stosowne, ujawniły się. Lalkarze zlękli się, jednak po pewnym czasie oswoili się z sytuacją i prowadzili długie rozmowy z nowymi przyjaciółkami w zaciszu swoich małych izdebek.
Informacje jakie pozyskały okazały się przydatne. Była dziewczynka, bardzo silna i kochana. Nie tak mocno jak jej matka, ale wystarczająco.
- Musi ponieść karę, Miszka.
- Musi ponieść karę, Marlo.
- Musi ponieść karę, Filipie.
- Z kim Misza rozmawia? - Pytała w myślach Marlena.
Przycisnęła mocniej ucho do drzwi. Szept był niewyraźny i złowieszczy. Po plecach dziewczyny przeszły zimne ciarki. Później nic już nie słyszała. Do czasu aż ciszy nie rozdarł przeraźliwy krzyk. Niewiele myśląc chwyciła oświetlająca korytarz pochodnię i wpadła do izby. Wolną ręką zatkała ucho a drugie przycisnęła do ramienia.
Piskliwy krzyk był niesłychanie głośny i przerażający. Wydawało się, że zaraz pękną jej bębenki a później eksploduje głowa zostawiając strzępy mózgu, skóry, osocza i krwi na lichych dębowych ścianach.
Na podłodze w widocznym i nieopisanym cierpieniu wiły się trzy postacie. Kolana nastolatki ugięły się i dołączyła do swoich kolegów. Dzielnie ściskając pochodnię usiłowała schować głowę między łydki.
Nastała cisza. Tak nagła, iż dopiero po kilku długich sekundach dziewczyna zorientowała się, że może wstać. Uniosła się powoli i rozejrzała się po pokoju. Oprócz niej i lalkarzy w pokoju były tylko cztery lalki.
- Witaj, maleńka. - Dobiegł ją głos.
Po chwili znalazła jego źródło w odległym kącie pomieszczenia.
Twarz Marleny wykrzywiła z obrzydzenia.
- Długośmy się nie widziały. Unikałaś mnie? - wychrypiała Marta. - Na nich! - Wykrzyknęła po chwili.
Sznury łączące drewniane krzyże do sterowania z marionetkami wystrzeliły w stronę zwiniętych nieruchomych ciał młodzieńców. Marlena dopadła ich pierwsza.
Miszka..., chłopaki... Wstawajcie. - Wysapała. Prośba pozostała jednak bez odzewu.
Chwyciła bezwładną rękę Michaiła i poczęła ciągnąć do w stronę wyjścia. Działanie to nie przyniosło oczekiwanego rezultatu. Ciało lalkarza nie drgnęło ani o milimetr.
Srebrna żyłka przecięła powietrze głęboko raniąc dziewczynę w policzek. Kropla krwi upadła na podłogę. Marionetki zastygły po czym ruszyły do ataku ze zdwojoną siłą.
Marlena uskoczyła przed kolejnym ciosem. Jednym długim susem przemierzyła pokój zatrzymując się przy słomianych zasłonkach na okna i podpalając je uparcie trzymaną pochodnią.
Następnie podbiegła do szaf w których trzymane były scenariusze do przedstawień. Wyrzuciła je wszystkie do swych stóp i upuściła na stos kartek pochodnie.
Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie a lalki krzyczały. Nie umiały przecież chodzić. Nie mogły uciec.
Jeszcze kilka zwinnych skoków i dziewczyna znalazła się za drzwiami ścigana przez rozpaczliwie wypuszczane mordercze żyłki marionetek.
Zamykając drzwi ostatni raz spojrzała na swojego martwego przyjaciela, którego lizały ogniowe języki.
Trzasnęła drzwiami i rzuciła się przez korytarz ku podwórzu.
- Och, przepraszam, Miszka, przepraszam... - Szeptała gorączkowo włączając dźwignię alarmu pożarowego.
- Ładnie wygląda Klara. Nic nie widać. Naprawdę. Dobrze, że ją naprawiłeś. - Drżącym głosem powiedziała Marlena.
Stała w drzwiach z wzrokiem wbitym w stopy. Michaił odwrócony był do niej plecami. Nie miał zamiaru patrzeć jej w twarz. Nie po tym co zrobiła. Kochał ją, jednak czasem zachowywała się jak mała dziewczynka. W rękach trzymał marionetkę delikatnie pieszcząc ją palcami.
- A co innego mogłem zrobić? - Jego głos był zimny i oschły. - Skrzywdziłaś ją.
- Och Misza ... nie skrzywdziłam. Nie mogłam. To tylko lalka!
- Nie obchodzi mnie co o tym sądzisz! - Krzyknął, lecz po chwili opanował emocje. - Mówiłem Ci, że one żyją. Może twoja uważa, że nie jesteś godna, albo najzwyczajniej w świecie cię nie lubi. Jak teraz na to wszystko patrzę to uważam, że to dobry pomysł. Też udawałbym, że nie żyję gdyby to wystarczyło żebyś się ode mnie odczepiła.
Wiedział, że te słowa ranią. Wiedział, że ból nie zniknie jeszcze długo z delikatnego serca Marleny. W tym momencie nie dbał o to. Prawdę mówiąc czerpał ogromną przyjemność i satysfakcję z ranienia ukochanej. Klara też ma przecież uczucia.
- Misza... Przepraszam. - Dziewczyna podniosła głowę i wbiła spojrzenie w plecy chłopaka. Pragnęła, aby się odwrócił i na nią spojrzał. Byli przyjaciółmi i wierzyła, że widok jej łez złagodzi postawę chłopaka. Zamrugała powiekami, by pobudzić kanaliki łzowe. Na wszelki wypadek, gdyby postanowił uraczyć ją swym spojrzeniem.
- Przeproś Klarę, choć nie wiem czy zechce słuchać twoich słów.
Nastała cisza. Michaił czuł palący wzrok Marleny na plecach, jednak nie miał zamiaru ulegać.
- Zatem idź już. Za chwilę masz wejście. Przygotuj lepiej Mirabelę.
Marlena stała jeszcze kilka ułamków sekundy po czym odwróciła się na pięcie i bez słowa, z uniesioną wysoko głową opuściła izbę.
Gdy odgłos jej obcasów ucichł Misza posadził czule Klarę na łóżku.
- Ona kiedyś uwierzy. Trzeba dać jej czas...
- Co ona w sobie takiego ma? Ile szans będziesz jej jeszcze dawać? Ile będziesz czekać aż zobaczy, że ja kochasz? Ile aż cię pokocha?
- Aż to się stanie. Tak długo jak będę musiał, droga Klaro. - zasępił się. - Dlaczego ona was nie słyszy?
- Bo nie chce. I nie zmienisz tego, mój panie. Jej serce jest zatrute. Ona nie patrzy duszą.
Marlena rozczesywała nitkowe włosy swojej marionetki zastanawiając się nad słowami Miszy.
Czy mówił prawdę? Chciał się pozbyć jej ze swojego życia?
- Nie, na pewno nie. - Wyszeptała do siebie kręcąc w zamyśleniu głową.
Wypowiedział te słowa w gniewie pałając żądzą krwi.
Wiedziała, że ją kocha. Uczucie jakie do niej żywił ułatwiało jej wiele spraw. Lubiła go, ale bez przesady. Miała dopiero 17 lat i nie chciała się wiązać z żadnym mężczyzną. Misza był starszy o cztery lata i w jego wypadku chęć znalezienia małżonki była całkiem zrozumiała. Tendencja do wczesnych ślubów panowała wśród mieszkańców Obnośnego Teatru Lalek.
Marlena była w odpowiednim wieku do zamążpójścia, jednak bardzo stanowczo odmawiała zalotnikom. Nie miała rodziców, więc nikt nie mógł jej tego nakazać. Jedynie dyrektor teatru, lecz on uwielbiał jej młode ciało a kierująca się sprytem dziewczyna oznajmiła, iż straci je jeśli ona stanie się własnością mężczyzny.
Nie chciała grzecznie wykonywać nakazów męża w dzień oraz niezmiennie zadowalać go nocą.
Gdyby oddała rękę któremuś z tutejszych mężczyzn nie czerpałaby takiej przyjemności z seksu, ponieważ oni przestaliby się już starać.
Podniosła swoją lalkę na wysokość wzroku. Marlena poczęła intensywnie wpatrywać się w zielone oczy Mirabeli. Wydawały się tak samo martwe jak wcześniej. Jak zwykle.
- Och, Mirabelko. Jakżebym chciała mieć w tobie troszkę większe oparcie. Widzę w tobie przyjaciółkę, to jasne, jednak tak bardzo chciałabym byś mogła mówić. Dziewczyna czasem potrzebuje opinii innej dziewczyny. - Pogładziła adresatkę tych słów po świeżo rozczesanych włosach. - Och, Mirabelko... Jak pięknie by było gdyby Miszka miał rację. Mogłabym mieć wtedy taką namiastkę mamy lub siostry, której zawsze pragnęłam.
Marlena uważała, że dziewczyny nie są zdolne do przyjaźni. Nie było to prawdą oczywiście. Dziewczyny, które zamieszkiwały Obnośny Teatr Lalek nie były zdolne do przyjaźnie z nią, gdyż zwyczajnie jej nie lubiły. Budziła w nich też dziwne, niechciane emocje takie jak lęk i pożądanie. Była inna niż one. Nie chciała służyć mężczyzną i, o zgrozo, uważała, iż stosunek płciowy powinien przysparzać rozkoszy obu stronom. Dawać przyjemność i satysfakcję, inną niż wypełnienie obowiązku, kobiecie. Dla tamtejszych kobiet była to herezja. Jedynymi osobami mającymi odczuwać rozkosz z pożycia seksualnego są mężczyźni. Rolą kobiet jest im służyć i być wdzięcznym za opiekę, łaskawe przyjęcie w swe silne ramiona.
Drzwi do garderoby otworzyły się z impetem. Do izby wpadł zarządca teatru, Jarzy Satnori.
- Marlena, na scenę.
Dziewczyna posłusznie wstała i ruszyła w stronę drzwi.
- A później przyjdziesz do mnie. Musimy omówić kilka spraw.
- A jakich, jeśli można wiedzieć?
- Lalkarze się skarżą. Co w ciebie wstąpiło?
- Oj szefie, szefie. Skąd ten pomysł? Może to w nich coś wstąpiło? - Odparła z drwiącym uśmiechem na ustach opuszczając pokój.
- Zniszczyłam trzy lalki, bo ci lalkarze zupełnie powariowali! Twierdzą, że one żyją. - Tłumaczyła poirytowana.
- To nie powód żeby niszczyć marionetki, Marlenko. Nie można tak robić. - powiedział zrezygnowany zarządca. Wziął głęboki oddech po czym wyprostował się i rzekł przybierając ton za pomocą którego udziela się reprymendy. - Jeśli jeszcze raz się to powtórzy to będę zmuszony ...
- Ukarać mnie? - Dziewczyna podniosła się z krzesła i powoli podeszła do biurka za którym zasiadał mężczyzna. Oparła dłonie o blat i zbliżyła twarz do jego twarzy. - Zaczynaj, szefie. - Westchnęła głęboko, z nieukrywaną ironią. - Zniosę każdą, nawet największą, karę.
Wspięła się na mebel, usadawiając się tak, że jego korpus znalazł się między jej udami.
Zarządca odsunął się na krześle, wstał i obszedł biurko. Stanął za plecami dziewczyny, złapał ją za ramiona i uniósł lekko w górę, by po chwili postawić na ziemi.
- Teraz wyjdź, proszę. - Powiedział cicho, lecz stanowczo dłonią wskazując w kierunku drzwi.
Gdy został sam w gabinecie opadł na sofę znajdującą się pod ścianą. Miał zamknięte oczy i rzęsy lekko wilgotne od łez.
Nie mógł patrzeć na to, co Marlena wyprawia. Nie miał jednak nad nią żadnej władzy. Po śmierci matki dziewczyna została zupełnie sama. To było dwa lata temu. Miała wtedy skończone 15 lat, co według zasad panujących w Teatrze oznaczało, iż jest już zdolna do pracy i potrafi o siebie zadbać.
Nieformalnie czuwał nad nią zarządca, który był długoletnim znajomym jej matki – Hanny. To dlatego na większość wybryków osamotnionej nastolatki przymykano oko.
Hanna była piękną kobietą. Gwiazdą Obnośnego Teatru Lalek, najlepszą w całym okręgu, którą praktycznie wszyscy darzyli ciepłymi uczuciami.
Wraz z marionetką Martą stanowiły gwóźdź programu. Dzięki ich występom teatr cieszył się ogromną popularnością, także po śmierci aktorki.
Były niezastąpione. Ludzie twierdzili, że marionetka ożywa w sprawnych palcach Hanny.
Nikt nie znał tożsamości mężczyzny, który zapłodnił aktorkę. Nie znała jej nawet najbardziej zainteresowana. Albo znać nie chciała. Kobieta byłą bardzo otwarta, bezpruderyjna i, jak na prawdziwą gwiazdę przystało, lubowała się w wysokoprocentowych trunkach. Często uczestniczyła w dancingach i nie pamiętała znacznej części ich przebiegu.
Kochała córkę prawie tak mocno jak swoją Martę. Dziewczynka jednak zdawała sobie sprawę z tego, że jest na drugim miejscu. Wiedza ta była nawozem dla kiełkującej w jej młodym sercu nienawiści do teatralnych lalek.
Trudno się dziwić zważywszy na fakt, iż to one były przyczyną śmierci mamy.
Hannę znaleziono pewnego dnia w swojej garderobie bez żadnych oznak życia. Bezwładne ciało, któremu brutalnie skradziono dech otulone było jedwabnym szlafrokiem w kolorze fuksji. Wokół szyi denatki okręciły się żyłki od jej ukochanej marionetki. Marta wtulona w pierś kobiety zdawała się uśmiechać.
Tragiczna śmierć Hanny wstrząsnęła dotychczas grzeczną Marleną. Chciała odejść z teatru, jednak wiedziała, że nie poradzi sobie w normalnym świecie.
Dotychczas odmawiała udziału w sztukach, ale teraz, kiedy zabrakło jej matki, dziewczynka zmuszona była występować. Miała talent, którym całą sobą gardziła.
- Musi ponieść karę, Miszka. - Oznajmiła Klara.
- Musi ponieść karę, Marlo. - Wtórowała Anabel.
- Musi ponieść karę, Filipie. - Zaśpiewała Natalka.
- Ta dziewczyna nie może krzywdzić bezkarnie lalek. Ujdzie jej to znów na sucho, bo każdemu daje dupy? - Zaskrzeczała Klara po czym zamilkła.
Spojrzała w kąt izby, gdzie na wielkiej starej skrzyni siedziała, jak na królewskim tronie, zadbana marionetka o porcelanowej twarzyczce, różowych policzkach, długich rudych lokach i wielkich brązowych oczach. Była najpiękniejszą z nich wszystkich i zdecydowanie najdokładniej wykonaną. Żaden szczegół nie został pominięty. Zdawała się drwiąco uśmiechać drobnymi czerwonymi ustkami. Miała nawet urocze dołeczki.
Po tragicznej śmierci jej właścicielki aktorzy przestali bezgranicznie im zawierzać. Podświadomie odczuwali paniczny i nieopisany lęk podczas samotnych chwil sam na sam z którąś z teatralnych lalek. Marcie taki stan rzeczy nie odpowiadał zupełnie. Potrzebowała ludzi, aby móc odzyskać dawno utraconą pełnie sił i moc.
Precyzyjniej rzecz ujmując najbardziej pożądana była kobieca krew. Ich posoka dodawała więcej witalności niż ta męska, ponieważ były one z natury silniejsze. A najlepiej gdy właścicielkami były nowoczesne, pewne siebie, pełne energii kobiety.
Mieszkańcy teatru unikali dłuższego kontaktu z marionetkami, ograniczając się tylko do obowiązkowych udziałów w przedstawieniach.
Z tymi młodymi lalkarzami było jednak inaczej. Poczęli oni pracować dopiero rok po przykrym incydencie w garderobie ówczesnej gwiazdy. Znali historię, lecz nie byli bezpośrednimi świadkami owego wydarzenia. Nie byli emocjonalnie związani.
Nikt im również nie powiedział o dziwnym wypadku jaki spotkał starego lalkarza i jego żonę, krawcową. Uznano to za przypadkowy zbieg okoliczności i nie chciano straszyć jedynych chętnych na te stanowiska.
Otóż żadnego przypadku nie było. Przypadki nie istnieją.
Pół roku po tym jak Hanna pożegnała się ze światem żywych lalkarz i krawcowa również zasilili szeregi zmarłych. Trzy zgony w przeciągu sześciu miesięcy można odebrać jako działania strasznego losu. Siły wyższej, nadprzyrodzonej. Otóż właśnie - nadprzyrodzonej.
Małżeństwo znaleziono w warsztacie. Ich ciała były zimne jak lód i twarde jak kamień. Widać, że życie uszło z nich bezpowrotnie.
Stary mężczyzna umarł na zawał serca. Takie rzeczy zdarzają się w podeszłym wieku. Krawcowa udusiła się. Przypuszczano, iż zobaczyła, że jej mąż źle się czuje i rzuciła mu się do pomocy. Niefortunnie zaplątała się w żyłki służące do sterowania marionetkami. Nie miała wystarczająco siły, aby się uwolnić. Może upadając uderzyła się w głowę i zemdlała? W każdym razie dopływ powietrza został odcięty i kobieta zmarła.
W rzeczywistości sytuacja była odwrotna. Serce biednego staruszka nie wytrzymało okropnego widoku, jaki z pewnością musiała stanowić sina na twarzy krawcowa szamocząca się z lalkami po izbie.
Chłopcy kochali swoją pracę. Kochali „małe aktoreczki”, jak zwykli o nich mawiać.
Mieli też mały sekret, który lalki postanowiły wykorzystać.
Cała trójka kochała też jeszcze kogoś.
Żaden nie zdawał sobie sprawy z tajemnicy pozostałych.
Marionetki początkowo cierpliwie słuchały zwierzeń, a gdy uznały to za stosowne, ujawniły się. Lalkarze zlękli się, jednak po pewnym czasie oswoili się z sytuacją i prowadzili długie rozmowy z nowymi przyjaciółkami w zaciszu swoich małych izdebek.
Informacje jakie pozyskały okazały się przydatne. Była dziewczynka, bardzo silna i kochana. Nie tak mocno jak jej matka, ale wystarczająco.
- Musi ponieść karę, Miszka.
- Musi ponieść karę, Marlo.
- Musi ponieść karę, Filipie.
- Z kim Misza rozmawia? - Pytała w myślach Marlena.
Przycisnęła mocniej ucho do drzwi. Szept był niewyraźny i złowieszczy. Po plecach dziewczyny przeszły zimne ciarki. Później nic już nie słyszała. Do czasu aż ciszy nie rozdarł przeraźliwy krzyk. Niewiele myśląc chwyciła oświetlająca korytarz pochodnię i wpadła do izby. Wolną ręką zatkała ucho a drugie przycisnęła do ramienia.
Piskliwy krzyk był niesłychanie głośny i przerażający. Wydawało się, że zaraz pękną jej bębenki a później eksploduje głowa zostawiając strzępy mózgu, skóry, osocza i krwi na lichych dębowych ścianach.
Na podłodze w widocznym i nieopisanym cierpieniu wiły się trzy postacie. Kolana nastolatki ugięły się i dołączyła do swoich kolegów. Dzielnie ściskając pochodnię usiłowała schować głowę między łydki.
Nastała cisza. Tak nagła, iż dopiero po kilku długich sekundach dziewczyna zorientowała się, że może wstać. Uniosła się powoli i rozejrzała się po pokoju. Oprócz niej i lalkarzy w pokoju były tylko cztery lalki.
- Witaj, maleńka. - Dobiegł ją głos.
Po chwili znalazła jego źródło w odległym kącie pomieszczenia.
Twarz Marleny wykrzywiła z obrzydzenia.
- Długośmy się nie widziały. Unikałaś mnie? - wychrypiała Marta. - Na nich! - Wykrzyknęła po chwili.
Sznury łączące drewniane krzyże do sterowania z marionetkami wystrzeliły w stronę zwiniętych nieruchomych ciał młodzieńców. Marlena dopadła ich pierwsza.
Miszka..., chłopaki... Wstawajcie. - Wysapała. Prośba pozostała jednak bez odzewu.
Chwyciła bezwładną rękę Michaiła i poczęła ciągnąć do w stronę wyjścia. Działanie to nie przyniosło oczekiwanego rezultatu. Ciało lalkarza nie drgnęło ani o milimetr.
Srebrna żyłka przecięła powietrze głęboko raniąc dziewczynę w policzek. Kropla krwi upadła na podłogę. Marionetki zastygły po czym ruszyły do ataku ze zdwojoną siłą.
Marlena uskoczyła przed kolejnym ciosem. Jednym długim susem przemierzyła pokój zatrzymując się przy słomianych zasłonkach na okna i podpalając je uparcie trzymaną pochodnią.
Następnie podbiegła do szaf w których trzymane były scenariusze do przedstawień. Wyrzuciła je wszystkie do swych stóp i upuściła na stos kartek pochodnie.
Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie a lalki krzyczały. Nie umiały przecież chodzić. Nie mogły uciec.
Jeszcze kilka zwinnych skoków i dziewczyna znalazła się za drzwiami ścigana przez rozpaczliwie wypuszczane mordercze żyłki marionetek.
Zamykając drzwi ostatni raz spojrzała na swojego martwego przyjaciela, którego lizały ogniowe języki.
Trzasnęła drzwiami i rzuciła się przez korytarz ku podwórzu.
- Och, przepraszam, Miszka, przepraszam... - Szeptała gorączkowo włączając dźwignię alarmu pożarowego.
sklepik z pasującym "ja" (zapasowe maski na każdą okazję)
Maski, warstwy, zasłony
Pozornie prawdziwe oblicza
Zmienne, szyte na miarę
Kagańce uczuć
Odgradzają od świata
Przytępiają zmysły
Pozwalają żyć
Bez obnażania ran duszy
Inne o poranku i inne na wieczór
Dla znajomych
Przyjaciół
Rodziny
Dla Niego
Dla Niej
Na święta i na co dzień
Zapasowe maski na każdą okazję
Wyświechtane czasem
Czasem całkiem nowe
Otrzymane w spadku
Zamówione u szewca
Za duże, przyciasne
Kolorowe lub szare
Pasujące doskonale
Nie ujawniają ni skrawka tajemnicy
Umieramy za życia
Wyprani z emocji
Z pustką w miejscu serca
Samotni z wyboru
Łzy chowając dla siebie
Chyba, że są przydatne
Racjonalni i nieczuli
Zmieniamy tylko maski
AD
Pozornie prawdziwe oblicza
Zmienne, szyte na miarę
Kagańce uczuć
Odgradzają od świata
Przytępiają zmysły
Pozwalają żyć
Bez obnażania ran duszy
Inne o poranku i inne na wieczór
Dla znajomych
Przyjaciół
Rodziny
Dla Niego
Dla Niej
Na święta i na co dzień
Zapasowe maski na każdą okazję
Wyświechtane czasem
Czasem całkiem nowe
Otrzymane w spadku
Zamówione u szewca
Za duże, przyciasne
Kolorowe lub szare
Pasujące doskonale
Nie ujawniają ni skrawka tajemnicy
Umieramy za życia
Wyprani z emocji
Z pustką w miejscu serca
Samotni z wyboru
Łzy chowając dla siebie
Chyba, że są przydatne
Racjonalni i nieczuli
Zmieniamy tylko maski
AD
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)