sobota, 26 listopada 2011

Zaginiony Śledź, czyli nadejście Wielkiej Zimy (czyli przegrane konkursowe opowiadanie lekko poturbowanej i posiniaczonej Ani Daleki)

Po niedocenieniu mojej twórczości przez Szanowną Komisję Konkursową oraz ostatecznego odrzucenia dzieła mego o śledziowej tematyce (za samo podjęcie się owego tematu powinnam dostać wyróżnienie), przez co moja samoocena została radykalnie zaniżona, a wiara w pisarskie umiejętności złamana, rzucona na brudny chodnik wprost do kałuży i zdeptana brudnym obcasem niemodnych już od kilku sezonów butów, szukam wsparcia w internautach ulubionych moich. Opowiadanie jest krótkie (głupie ograniczenia, brr...) i z powodu limitu znaków właśnie nie mogłam się zbytnio rozwinąć, jednakże (korzystając z okazji, iż Tu rządzę Ja i ja decyduję co jest fajne a co nie i ile czego ma być) pozwolę sobie dopisać właściwe zakończenie. :D

Niezgoda zagościła chyba na stałe wśród mieszkańców krainy Tibili. Dawno już nie słyszano wesołego chichotu flirtujących dziewcząt, ściszonych do szeptu podnieconych głosów kobiet wymieniających najświeższe ploteczki, tubalnych okrzyków mężczyzn żartujących przy kartach i wódce. Nawet radosny gwar dzieci, który zwykł rozbrzmiewać dotychczas nieustannie zaczął cichnąć, jakby i te małe niewinne człowieczki nie potrafiły już oszukiwać siebie samych oraz Tibili, będącej całym ich światem. Zdawały pochylać zrezygnowane główki przed Smutkiem, Nienawiścią, Rozpaczą i Złością – nowo przybyłymi nieznajomymi, zamykając dotychczas rozwarte w radosnym okrzyku usteczka.
Niegdyś było inaczej. Tibilijczycy darzyli się bezinteresowną i czystą miłością szanując się oraz dbając o siebie nawzajem jak szczęśliwa liczna rodzina. Wiedli sielskie, niczym niezmącone życie do czasu, aż odeszła Pogodna Złota Jesień, a nadeszła Wielka Zima. A może to Jesień odeszła, bo najpierw nadeszła Zima? Nikt właściwie nie znał odpowiedzi na to pytanie. Nikt też nie miał tak mało ważnych spraw, aby wystarczająco długo rozważać tę kwestę, by w rezultacie wyciągnąć jakieś wnioski.
W Tibili na wschodnim krańcu planety była jedna pora roku. Wieczna jesień była ciepła, słoneczna i przyjemna. Świat mieszkańców krainy usłany był złocistymi, dopiero co opadniętymi liśćmi z dorodnych i majestatycznych dębów, będących wizytówką i dumą okolicy.
Miejscowa ludność mieszkała w dużych, komfortowych i w pełni wyposażonych namiotach, ponieważ ścinanie Świętych Dębów było kategorycznie zabronione, a inne budulce były im nieznane.
Dokładnie pośrodku, w centralnym punkcie regionu, na placu Posępnych Dębów stał imponujący pozłacany namiot, w którym mieszkała przywódczyni Tibili wraz ze swoimi podopiecznymi – dwiema najpiękniejszymi niewiastami z okręgu. Stabilność schronienia zapewniało im sto rubinowych śledzi, należących jeszcze do założycieli osady. Symbolizowały one całość, jedność, idealność i dostatek. Szczegóły ich pochodzenia owiane były mgłą tajemnicy, a na ten temat krążyło mnóstwo legend. Niezależnie od stopnia różnorodności wszystkie historie miały jeden wspólny element: gdy idealna liczba zostanie zachwiana, zburzony zostanie panujący dotychczas ład. Prawie nikt jednak nie pamiętał o tej przestrodze, gdy mróz i smutek otulił krainę.

Dwunastoletnia Tara, młodsza protegowana przywódczyni Tibili, zbierała chrust na opał w okolicy Złotego Namiotu. Palce zgrabiały jej od zimna, gdyż nie miała odpowiedniego odzienia na taki ziąb. Krążyła po lesie już od ponad dwóch godzin, a nie zapełniła jeszcze taczki suchymi drwami. W takim wypadku nie mogła zawrócić. Tibilisi, jej opiekunka, mówiła, że dyscyplina jest najważniejszą cechą każdego przywódcy.
Kiedy dziewczyna wspominała te słowa, aby zmotywować się do dalszego poszukiwania i nie zawrócić do ciepłego schronienia, usłyszała szelest liści inny niż dotychczas. Zamarła w bezruchu. Niegdyś nie przejęłaby się zbytnio. Niegdyś nie bała się, bo ludzie byli życzliwi, a Córy Dębów traktowali niemal jak bóstwa. Dziś prawie każdy z poddanych był jej potencjalnym wrogiem. Chodziły słuchy, że chciano znieść dyktaturę i wprowadzić rządy ludu, czy coś w tym stylu. Tara nie orientowała się za dobrze w politycznych sprawach.
Wolno, z niezwykłą gracją nawet jak na tak drobną dziewczynę, przemieściła się i przywarła do najbliższego dębu. Poczuła delikatne ciepło, które dodało jej otuchy. Wyjrzała zatem powoli w poszukiwaniu źródła owego hałasu, który ją spłoszył. Rozglądała się przez chwilę aż jej bystry wzrok dostrzegł ruch. Coś wczołgało się do dziupli starego drzewa. Ciemny kształt drżał z zimna i ze strachu w środku, ponieważ puste drewno nie zapewniło mu większej ochrony.
Po chwili namysłu dziewczynka zdecydowała się podejść bliżej.
- Przepraszam cię, czy coś się stało? - spytała łagodnie zaglądając do dziury.
Odpowiedziała jej cisza.
- Cały dygoczesz. Mogę ci pomóc? - kontynuowała nawiązanie kontaktu. Powoli wyciągnęła przed siebie drżącą rękę i skierowała w stronę skulonej istoty. Delikatnie położyła ją na zimnej, poranionej głowie i poczęła głaskać. - Nie bój się mnie. Mogę cię obronić – szepnęła troskliwie.
Główka drgnęła. Postać zaczęła się czołgać aż wyszła z wnętrza drzewa. Przed Tarą stanął chłopczyk wyglądający na dziewięć, może dziesięć lat. Był cały umorusany i posiniaczony, a jego ubranie podarte.
- Jak masz na imię?
- Jonasz – wychrypiało dziecko. Widać od dawna nie używał strun głosowych. - A Ty?
- Jestem Tara, podopieczna Wspaniałej Tibilisi, Wybranki Dębów i jej następczyni zarazem.
- No nie wiem… oni planują bunt, więc raczej umrzesz.
- Przepraszam? - Tara uniosła dumnie głowę, zerkając z wyższością na chłopca.
- Ludzie ze wsi. Zabili moich rodziców, bo nie chcieli się do nich przyłączyć. Powiedzieli, że nie staną przeciw Wielkim Dębom i ich Wybrance. Przepłacili to życiem. Mi udało się uciec. Tobie też radzę. Kiedy zbiorą wystarczająco dużo buntowników będzie już za późno!
Zapadła cisza. Wpatrywali się w siebie bojąc się wydobyć najmniejszy dźwięk.
- Czy jest jakiś sposób... - zaczęła następczyni Tibilisi – aby przerwać tę farsę?
- Wiesz... - chłopiec zawahał się. Usiadł na ziemi, podniósł mały patyczek i począł dziurawić nim pożółkłe lekko przymarznięte liście. - Jest dużo legend mówiących o nadejściu Zimy. Mówią one, że to przez śledzie.
- Śledzie?
- Tak. Rubinowe, które przykuwają do gleby wasz namiot. Jeśli jeden zaginie to nastaną mroczne i zimne dni. - Umilkł. Po chwili podniósł głowę, zmarszczył brwi, spojrzał na dziewczynę i z powagą zapytał – sprawdzałaś, czy śledzie są na miejscu?
Dziewczynka pokręciła przecząco głową lekko skonfundowana. Chwilę później jednak w jej głowie ukazał się obraz Luci, starszej podopiecznej Tibilisi, chowającej w połach sukni coś podłużnego mieniącego się czerwonym blaskiem. Rubinowym blaskiem. Otworzyła szeroko oczy, złapała Jonasza za nadgarstek i rzuciła się pędem w drogę powrotną do Złotego Namiotu.

Dwójka dzieci, po uprzednim obejściu lokum przywódczyni Tibili, dokładnym sprawdzeniu śledzi i stwierdzeniu braku jednego, przyczaiła się za pobliskim dębami. Czekali aż Lucia opuści namiot. Gdy zobaczyli jak dziewczyna wychodzi i oddala się z wolna zakradli się do jej komnaty i zaczęli przerzucać niezliczone fatałaszki typowe dla nastolatek w tym okresie. Po długich minutach wypełnionych głuchą ciszą i strachem wzrok chłopca wychwycił czerwony blask. Miliony rubinowych kamyczków odbijało wpadające przez okienko ostatnie promienie słońca. Intruzi otrząsnęli się błyskawicznie z ogarniającego ich stanu zauroczenia i rzucili się w kierunku poszukiwanego przedmiotu.
- Mamy go! - Wykrzyknęła cichutko Tara
- Tak! Teraz wszystko będzie jak dawniej! - Odszepnął podekscytowanym głosem przyjaciel, lecz po chwili spochmurniał.- Z małą zmianą, gdyż moi rodzice nie wrócą ze świata zmarłych.
- Nie martw się. Teraz masz mnie. Obiecałam przecież, że się tobą zaopiekuję.
Drobna dłoń dziewczynki spoczęła na ramieniu chłopca, który uniósł głowę kierując załzawione swoje oczy na drobną twarz Tary, aby znaleźć ostateczne potwierdzenie obietnicy w jej ciepłym spojrzeniu.
To trwało ułamki sekund. Szczupła dłoń opadła na ramię Jonasza zamykając się w żelaznym uścisku i raniąc boleśnie delikatne ciało chłopca. Jego krew spływała po ostrych, wypielęgnowanych paznokciach Luci zatopionych w skórze sieroty.
- Co wy tu ... - wysyczała przez zaciśnięte zęby rozluźniając uścisk i popychając swoją ofiarę z niesamowitą, jak na tak drobną osóbkę, siłą. Jonasz upadł na ziemię niefortunnie uderzając głową w kufer i tracąc świadomość.
- Chciałeś mnie okraść, wieśniaku! - Krzyknęła nie kryjąc furii.
- Lucio! - Zaprotestowała Tara, która zdołała dopiero teraz wydobyć z siebie głos. Usta jej drżały z przerażenia, a w oczach czaiła się panika i rozpacz.
- Zamknij się, mała krowo bo będziesz następna! Nie odbierzecie mi tego, rozumiesz?! Tyle czasu poświęciłam, aby to wszystko dobrze rozegrać. Wymyślić misterny plan. Tyle wysiłku ...
- Co? O czym ty mówisz...? - Wyszeptała kręcąc z niedowierzaniem głową.
- O tym! - Burknęła ze zniecierpliwieniem nastolatka wyrywając z zaciśniętej w pięść dłoni Tary podłużny rubinowy przedmiot, o którym dziewczynka już dawno zapomniała. Po chwili zaczęła się głośno i nieskrępowanie śmiać ewidentnie rozkoszując się chwilą obecną. W dłoni trzymała brakującego śledzia od Złotego Namiotu poruszając nim trzęsąc się pod wpływem napadu radości. Umilkła nagle obserwując migający blask powstały przez rozproszenie światła w rubinach. - Piękne... Jednak, wracając do rzeczy, nie sądziłam, że ostatnia czynność pójdzie tak łatwo. A tu - sami wchodzicie mi w ręce. Cudownie ... Sama lepiej bym tego nie obmyśliła.
- Nie rozumiem ... - Tara prawie bezgłośnie poruszała wargami w kompletnym osłupieniu.
- Nie podobał mi się panujący ustrój i ład, więc postanowiłam je zmienić. Proste - wzruszyła ramionami. - Nudno było w takiej zgodzie żyć stale. Teraz to ja będę panować! - Po wypowiedzeniu ostatnich słów zamachnęła ręką, w której trzymała wysadzanego rubinami śledzia celując jego ostrze wprost w serce nieprzytomnego Jonasza leżącego na wznak.
Obrazek ten wywołał błyskawiczną reakcje Tary, która poderwała się z podłogi i w jednej chwili znalazła się tuż obok bezwładnego przyjaciela. Opadła na jego nieruchomą sylwetkę przyjmując śmiertelny cios na siebie. Drgawki wstrząsnęły jej młodym ciałem powodując, że krew poczęła sączyć się z rany w ogromnych ilościach. W okolicy nie było niemal niczego nieobryzganego rubinową posoką. Śledź wypadł z dłoni Luci, która padła na kolana i zaczęła krzyczeć, gdyż wnętrze jej przeszył potworny ból – kara za zbrodnię na niewinnej istocie. To było jednak bez znaczenia. Wszystkie wymagane elementy pozwalające zakończyć ostateczną przemianę zostały spełnione. Dokonało się.
Umorusana we krwi siostry uniosła się po chwili, oblizując zakrwawione wargi wykrzywione w triumfalnym uśmiechu.

I tak nadeszła Wielka Zima trwająca po dziś dzień.