czwartek, 5 lipca 2012

Epitafium

- Myślisz, że co ludzie myślą sobie patrząc na nas?
Siedzieliśmy na schodkach tuż przy przystanku czekając na autobus, który zabierze mnie stąd. Od niego. Nie wiedziałam, że na tak długo. Nie myślałam, że moje słowa wypowiedziane są na poważnie. Że się spełnią niemal w całości.
Nie były z pewnością traktowane przez niego na serio. Przeze mnie bardziej, bo ja chciałam żeby były prawdą. W głębi duszy pragnęłam też żeby obietnice, jakie składałam okazały się nic niewarte. Czcze. Nieprawdziwe.
Musiałam jednak podjąć słuszną decyzję. Dla siebie. Tym razem dla siebie. Czas przestać drżeć ze strachu. Czas przestać się bać.
Popołudniowe słońce ogrzewało moje ciało. Świeciło w oczy zmuszając do zamknięcia ich. Oparłam głowę na jego ramieniu, którym mnie otaczał. Wszystko było zbyt skomplikowane, ale obiecałam sobie, że zacznę dbać o siebie. O swoje potrzeby. Nie mogę kłamać ze strachu przed samotnością. Muszę być silna.
Ostatnią tabletkę wzięłam zaraz po obudzeniu. W nocy nie mogłam spać. Wszystko spieprzyłam. Totalnie i konkretnie.
I teraz nie znosiłam siebie każdą komórką tworzącą mnie.
Jego zapytanie wyrwało mnie z rozmyślań. Wzruszyłam ramionami. Nie obchodziło mnie to.
- Że jesteśmy parą, może młodym małżeństwem... - kontynuował.
- Tak. Albo rodzeństwem - odpowiedziałam po kolejnej długiej chwili milczenia.
Parsknęliśmy śmiechem.
- Z pewnością...
Gładził mnie po ramieniu z ogromną czułością. Łzy cisnęły mi się do oczu.
Chwilę trwającą zbyt długo posiadającą dwoisty charakter, przerwał widok autobusu majaczącego na horyzoncie. Poderwałam się. Wstał i objął mnie w talii. Obrócił przysuwając przodem do siebie i zamknął w ramionach.
- Myślisz, że nie zdążysz? - Zaśmiał się usiłując uchwycić moje spojrzenie uparcie jednak wbiłam wzrok w żółtą koszulkę, jaką miał na sobie. Oparł czoło na mojej głowie znacząc ją wcześniej pocałunkiem.
- Kocham cię - wyszeptał.
Szarpnęłam się. Nie wypuścił mnie z objęć.
- Oj! Już ci mówiłam. To koniec. Jeśli nie może być inaczej to już się nie zobaczymy.
- Dobrze. Więc żegnaj - odepchnął mnie od siebie odwrócił się i odszedł.
- Narka - westchnęłam bardziej do siebie niż do niego wchodząc do wnętrza autobusu przez środkowe drzwi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz