Był sobie ptak.
Nie nadzwyczajny ptak.
Nie ponadprzeciętny ptak.
Nie był nawet wyspecjalizowany.
Był ptasi, jak na ptaka przystało.
Żył w klatce.
Nie był kanarkiem
Nie był też papugą.
Był po trochu wieloma:
Barwnym napuszonym pawiem,
Ćwierkającym radośnie wróbelkiem,
Zwinnym i szybkim kolibrem,
Sroką kochającą błyskotki,
Cwaną i snującą niecne knowania mewą.
Żył w klatce.
Ładnej przytulnej, diamentowej.
Nie narzekał.
Lubił swoje życie.
Jestestwo.
Do póki...
Do czasu.
Do czasu aż...
Żył w klatce i dbano o niego.
Dawano najlepsze ziarno.
Dawano ptasie skarby.
Jednak ptak
W swojej nieokreśloności,
W swojej nieznaczności,
Przestał być czymkolwiek,
Czym był i nie był zarazem.
Usechł, jak usycha zaniedbana roślina.
Jak usycha człowiek wyrzucony po środku pustyni.
Zaczął się kurczyć.
Zagłębiać w siebie.
Wysechł na wiór.
Wiatr rozwiał ów wiór
I popędził dalej, bo on był wolny.
On mógł lecieć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz