czwartek, 7 marca 2013

The little bird slowly withered (mały ptak powoli usychał)

Był sobie ptak.
Nie nadzwyczajny ptak.
Nie ponadprzeciętny ptak.
Nie był nawet wyspecjalizowany.
Był ptasi, jak na ptaka przystało.

Żył w klatce.
Nie był kanarkiem
Nie był też papugą.
Był po trochu wieloma:
Barwnym napuszonym pawiem,
Ćwierkającym radośnie wróbelkiem,
Zwinnym i szybkim kolibrem,
Sroką kochającą błyskotki,
Cwaną i snującą niecne knowania mewą.

Żył w klatce.
Ładnej przytulnej, diamentowej.
Nie narzekał.
Lubił swoje życie.
Jestestwo.
Do póki...
Do czasu.
Do czasu aż...

Żył w klatce i dbano o niego.
Dawano najlepsze ziarno.
Dawano ptasie skarby.
Jednak ptak
W swojej nieokreśloności,
W swojej nieznaczności,
Przestał być czymkolwiek,
Czym był i nie był zarazem.

Usechł, jak usycha zaniedbana roślina.
Jak usycha człowiek wyrzucony po środku pustyni.
Zaczął się kurczyć.
Zagłębiać w siebie.
Wysechł na wiór.
Wiatr rozwiał ów wiór
I popędził dalej, bo on był wolny.
On mógł lecieć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz