Czy wiecie jak dzieje się, że mój tekst pojawia się w tym miejscu? Jak wygląda proces? Nie chodzi mi bynajmniej o kwestię czysto techniczną.
Najpierw jest myśl. Nie jest to szokujące, ani odkrywcze wyznanie, wiem.
Myśl kiełkuje w mojej głowie i rozwija się. Zaczyna pochłaniać więcej mojej uwagi. Zabierać miejsce innym myślom. Prowadzę wewnętrzny dialog...
Nie. Jest to monolog, gdyż słowa łączę w zdania imaginując sobie, iż artykułuję je bezpośrednio do Was. Wewnętrzna „Ja” przemawiam do wytworzonej w mej głowie publiczności. I nawet jeśli nie posunęłam się tak daleko do nadania jej jakiejś konkretniejszej formy - obrazu, to publiczność jest miła, aktywna, radośnie i żywo reaguje na wypowiadane przeze mnie błyskotliwe frazy...
Gdy to show robi się już męczące, niemal nieznośne, przelewam zmodyfikowaną i względnie ułożoną przemowę na papier (kiedyś była to kartka jednego z zeszytów formatu A4 z ładną okładką i innymi indywidualnymi wytworami mojego umysłu; dziś są to na ogół e-kartki internetowego pamiętnika bądź edytora tekstu).
Myśl uzmysłowiłam sobie rano. Jest wstępem do tego, co zamierzałam dziś opublikować. Było to zakurzone (i słusznie), lecz nie miałoby jeszcze roku.
Miało zostać w pliku „Twórczość” na zawsze. Jednak dziś przyszła myśl, że powinnam podzielić się tym elementem mnie z czytelnikami oraz społecznością internetową.
Leżąc w łóżku z koronkową opaską na oczy na oczach, słuchając Chilli Zet, delektując się prostotą tejże przyjemności i starając się utrzymać ją jak najdłużej (w nadziei, że jak zostanę w tym stanie wystarczająco długo, to czas między wstaniem, a spotkaniem z moim uroczym chłopakiem-śpiochem skurczy się wystarczająco, iż wykonam minimum mniej przyjemnych czynności) postanowiłam ostatecznie opublikować owy twór, który nie jest pod żadnym względem szczególny.
Dlaczego więc tak postanowiłam?
Bo jest (był!) trujący. Przesycony nienawiścią i złością, a ja podjęłam decyzję, że będę szczęśliwa i będę dążyć do osiągnięcia maksymalnej radości. Muszę wypluć zatem jad wyssany (i stale wysysany) z moich: serca, umysłu i innych organów.
Wcześniej miałam inną myśl. Chciałam stworzyć coś skandalizującego, brudnego, ociekającego wulgarnością i szyderstwem. Później chciałam to opublikować najlepiej w wersji papierowej, wydane przez jakieś niszowe, alternatywne, prześmiewcze wydawnictwo, i otoczyć się dekadenckim dymem pogardy.
Dziś podjęłam decyzję, że nie chcę dopisywać ciągu dalszego. Niniejsza publikacja miała być swoistym końcem farsy, której chciałam być twarzą.
Wykpieniem siebie samej.
Okazało się jednak, że nie była to myśl tak do końca innowacyjna, gdyż wspomnianego tekstu nie ma w żadnym z folderów. Najwyraźniej jakiś czas temu postanowiłam spalić most do tamtego świata i w łatwiejszy sposób odciąć się od spisanego syfu.
Żałuję oczywiście, że to skasowałam. Wolałabym się z tym zmierzyć. Spojrzeć w twarz tego szlamowatego potwora.
Teraz mam tylko jedną myśl, którą powtarzał mój wykładowca od warsztatów dziennikarskich: Szanujcie swoją pracę i nigdy nie kasujcie tego, co napisaliście. Kiedyś może się to wam przydać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz